Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2020

Chodzisz do pracy czy do roboty?


Przez chwilę zastanów się, jak mówisz o swojej pracy. Używasz określenia "idę do pracy" czy "do roboty"? A może jeszcze inaczej? 
Możesz powiedzieć: A jaka to różnica? Teoretycznie żadna. W obu przypadkach wykonujesz pewne czynności, za które otrzymujesz wynagrodzenie. 
W semantyce funkcjonuje takie określenie jak 'konotacja', co oznacza dodatkowe treści, które wiążą się ze znaczeniem danego wyrazu. I tak właśnie jest z wyrazem 'praca' i 'robota'. Szlachetna, bardziej wartościowa jest 'praca'. 'Robota' zaś zakłada ciężki, żmudny, czasem jałowy wysiłek, najczęściej fizyczny. Dodatkowo satysfakcję mamy z pracy, robota może być dobra, choć nikomu niepotrzebna.
Te semantyczne rozważania pokazują drobne, subtelne różnice, które jednak wskazują, jak podchodzimy do zarabiania. To, jakimi kategoriami, słowami opisujesz świat ma znaczenie, ponieważ wiele mówi też o Tobie, Twoim podejściu. Kiedy nie lubisz swojej pracy, powiesz raczej o robocie niż o pracy. 
Prof. Paul Dolan z London Schoool of Economics z prowadzonych badań wysunął wniosek, że m.in. fryzjerzy, ogrodnicy, floryści są najbardziej zadowoleni ze swojej pracy. Jednym z czynników jest dość szybkie dostrzeganie pozytywnych efektów. Zapewne dużą rolę odgrywają też kontakty z innymi i poczucie, że robi się coś dobrego i miłego dla nich. Widać tu wyraźnie, że kwestia nastawienia do wykonywanych obowiązków jest kluczowa. Osoby z pozytywnym nastawieniem zapewne wykonują pracę, a nie robotę.
Dla mnie najprościej różnicę między tymi dwoma sposobami wykonywania obowiązków jest przypowieść, którą usłyszałam jeszcze na studiach i którą kiedyś przytaczałam już na tym blogu. Pozwólcie, że ją przypomnę. 😀
Pewien człowiek przechodził koło budowy, gdzie zobaczył dwóch murarzy. Najpierw zapytał pierwszego: 
- Co tutaj robisz?
- A, nie wiem... Stawiam cegłę za cegłą - tak, jak mi kazali.
Po czym zwrócił się do drugiego z tym samym pytaniem.
- Buduję katedrę - odpowiedział z uśmiechem drugi murarz.

Ciekawa jestem, jak to jest u Ciebie - wykonujesz pracę czy robotę? Daj znać w komentarzu!

A jeśli czujesz, że stawiasz cegły, a chciał(a)byś budować katedrę, to serdecznie zapraszam Cię na coaching ze mną, podczas którego pomogę Ci pokonać przeszkody na drodze Twojego rozwoju i zaplanować powstanie Twojej własnej "katedry".
Skontaktuj się ze mną najlepiej mailowo (adres dostępny w zakładce Kontakt) i umów się na BEZPŁATNĄ sesję wstępną!

Zdj. pixabay.com, grafika:Canva


PS.
1. Tak, wiem, że obecnie niewielu z nas "chodzi" do pracy. Sporo osób pracuje zdalnie, ale to nie ma większego znaczenia.
2. Inspiracją do napisania tego artykułu był wpis na fejsbukowym profilu mojej znakomitej koleżanki od pedagogiki M. Montessori - Moniki Pawluczuk. 

niedziela, 13 marca 2016

Do osób wchodzących na rynek pracy

W związku z tym, że zdarzyło mi się przyjmować osoby do pracy, zebrało mi się kilka przemyśleń. Uznałam, że odpowiednią formą będzie kilka rad. Mogą z nich skorzystać również osoby, które zasiedziały się w jednym zakładzie pracy kilkanaście lat, a teraz - często w wyniku reorganizacji, zwolnień itp.- są zmuszone szukać pracy. 
  1. Przygotuj dokumenty aplikacyjne. Do niedawna wydawało mi się, że informacje nt. tego, jak powinno wyglądać cv są łatwo dostępne i nie trzeba już o tym "trąbić", ale okazuje się, że tylko mi się wydawało. A więc doczytaj, jak napisać poprawne cv z punktu widzenia pracodawcy, a nie Twojego. Choć nie ma jednego wzoru cv, bardzo ważne jest doświadczenie zawodowe (ułożone od najbardziej aktualnego do najmniej; podobnie z wykształceniem), zredagowanie tekstu, jednolita czcionka. Dokument ma się łatwo i szybko czytać. Zwróć uwagę, czy pracodawca oczekuje listu motywacyjnego. Jeśli nie, możesz sobie darować. Nie wysyłaj aplikacji gdzie popadnie, przypadkowo. Jeśli jest mi potrzebny nauczyciel, naprawdę nie potrzebuję pakowacza czy kuriera. Cv świadczy o autorze, a cv niezwiązane z ogłoszeniem, ofertą pracy świadczy o braku podstawowej umiejętności, jaką jest czytanie ze zrozumieniem. I żadne dyplomy tu nie pomogą.
  2. Przygotuj się do rozmowy kwalifikacyjnej. Przeczytaj uważnie treść ogłoszenia pod kątem wymagań i preferencji. Zbierz informacje nt. firmy, do której aplikujesz tak, żeby wiedzieć, gdzie idziesz i po co.
  3. Wykaż się podstawami dobrego wychowania! Rozmawiając z potencjalnym pracodawcą lub jego przedstawicielem: 
  • przyjdź punktualnie na spotkanie (albo nawet bądź przed czasem);
  • zapukaj zanim wejdziesz;
  • powiedz 'dzień dobry' (i 'do widzenia' przy wyjściu), przedstaw się;
  • wyłącz telefon przed spotkaniem, a jeśli musisz mieć włączony, nie pisz/nie odbieraj sms-ów lub połączeń; to naprawdę kiepsko wygląda.
  • zadawaj pytania na temat - wtedy to rzeczywiście będzie 'rozmowa', a nie jednostronny przekaz.   
4. Daj pracodawcy prawo do wybrania innego kandydata. Nie obrażaj się. Może tym razem nie byłe(a)ś taki super, jak Ci się wydawało... 


zdj. za:: https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi5DfYbV5_br9yL6xI3QX0gqqZjMYHERx_tC4gxpw049XMPsywQ7SkfpqwvbkxuxtduKjcp0-WNG3Bg7kpgv0Ul9S93YC3I1JWe6XoeVGNJ5z5JINbtdLmtjtrLw-KvRWJ2aA6YPNWGpAIK/s1600/Working+Time.png

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Dziecko idzie do pracy

No i stało się: dwoje moich nastoletnich dzieci poszło do pierwszej w życiu pracy. 
Doszłam jako matka do takiego momentu, w którym dotarło do mnie, że już niewiele mogę dodać do ich wychowania. Fundamenty położone, ławy zalane...,; można powiedzieć: stan surowy zrobiony. Coraz częściej czuję się jak "gadająca głowa" (żeby nie powiedzieć 'zrzędząca'), a moja młodzież jednym uchem wpuszcza te moje mądrości, a drugim wypuszcza, albo co najwyżej zaszczyca mnie kolejnym 'zaraz'. W tym wieku bardziej liczy się opinia rówieśników i innych osób niż rodziców... Uznaliśmy z mężem, że w tej sytuacji wychowanie przez pracę może przynieść o wiele lepsze efekty niż nasze rodzicielskie gadanie. Tak więc powierzyliśmy nasze dzieci innym ludziom.
A ja-matka próbuję nie pokazywać po sobie zdenerwowania. Dla mnie to swoisty sprawdzian i test tego, co naprawdę daliśmy naszym dzieciom, co im zaszczepiliśmy, jakie wartości. Chwilami zastanawiam się, czy to nie jest za wcześnie, że jeszcze zdążą się w życiu napracować i... mam ochotę odwołać wszystko i wziąć te moje nastolatki znów pod skrzydła...

A Wy co myślicie o posyłaniu dzieci do pracy?

niedziela, 16 marca 2014

Dobra praca - to jaka? cz.2

Dziś zajmę się kolejnym warunkiem, który podaje wielu moich klientów, definiując "dobrą pracę": musi być stała, z perspektywą długotrwałego zatrudnienia, co często jest utożsamiane z etatem.
Mam złe wieści w tym temacie.
Na naszych oczach umiera mit "pewnej/stałej" pracy. Nawet wieloletni pracownicy są obecnie zwalniani z powodu kryzysu, restrukturyzacji, likwidacji itp. Niektórzy z nich mogą liczyć na 3-miesięczny okres wypowiedzenia i odprawy. 
Dlatego tyle osób chce pracować w urzędach...
Kiedy pytam, dlaczego komuś tak zależy na etacie, gwarancji zatrudnienia, najczęściej słyszę: żeby wziąć kredyt. Wtedy moje oczy robią się okrągłe jak spodki. Tylko z tego powodu niektórzy są w stanie posunąć się do nieetycznych działań, żeby wziąć kredyt????
K'woli sprawiedliwości: są osoby - i znam takie osobiście - które tylko w takich warunkach (na etacie, przy dłuższej perspektywie zatrudnienia) są w stanie pracować dobrze i efektywnie. Dla nich najważniejszą wartością, na której budują swoją karierę zawodową, jest poczucie bezpieczeństwa. I to jest w porządku.
Dla mnie problemem jest, kiedy ktoś taki jest zatrudniony w urzędzie lub na innej tzw. "ciepłej posadce", spotyka się z młodymi ludźmi i wkłada im do głów wizję rynku pracy z umowami - "śmieciowymi". Aktualnie młode osoby będą - albo już funkcjonują w oparciu o umowy-zlecenia lub o dzieło. Wkładanie im do głów, że pracują na "śmieciowych" umowach, nie robi dobrze na ich poczucie własnej wartości, przedsiębiorczość i dostrzeganie perspektyw na rynku pracy. Takie etatowe mądrale powinny mieć - według mnie - zawodowy zakaz zbliżania się do osób do 30 r. ż.!
Sama pracuję obecnie na umowę-zlecenie i bardzo sobie chwalę taką możliwość, ale to już temat na inny post. :)
Aktualnie niewielu jest prywatnych pracodawców, którzy oferują gwarancję zatrudnienia w sytuacji niestabilnej sytuacji gospodarczej i prawnej, kiedy sami nie mogą być pewni, czy ich firma przetrwa kolejny rok. A w urzędach raczej wszystkie miejsca są już zajęte.
O stabilności zatrudnienia decyduje też regularne, zgodnie z umową wypłacanie pensji, o czym wspominała Klaudia w poprzednim, gościnnym, poście. Ale to już raczej kwestia uczciwości i rzetelności pracodawcy...
Podsumowując: niektórych pewnie rozczaruję, ale gwarancji zatrudnienia nikt nam nie da. I nie ma już dziś czegoś takiego, jak "pewna praca". Te czasy minęły i im wcześniej zaakceptujemy nową rzeczywistość, tym szybciej będziemy mogli się przystosować, aby całkiem dobrze sobie radzić.

środa, 5 lutego 2014

Historia kołem się toczy

Kontynuując temat 'dobrej pracy', publikuję dziś post Klaudii Matyjaszewskiej, której doświadczenie uważam za cenne w kontekście rozważanej sprawy.
Ostatni rok mojego życia był pełen zmian, zawirowań i wątpliwości. Zeszłam ze ścieżki, żeby po roku na nią wrócić, ale od początku.
Jako dziecko pytana o to, kim chce zostać, automatycznie odpowiadałam: stomatologiem. Praca dentysty zainteresowała mnie tak mocno, że fascynacja tym zawodem trwała dość długo. W zasadzie do momentu, kiedy zaczęłam uczyć się chemii i cóż, okazało się, że moje minimum chemiczne ledwo wystarcza do zaliczenia tego przedmiotu w szkole. Pogodziłam się z byciem humanistką, zresztą język polski był jednym z moich ulubionych przedmiotów. Zaczęłam pisać do szkolnej gazetki i wtedy postanowiłam, że zostanę dziennikarzem.
Ukończyłam jedną z lepszych polskich uczelni (zgodnie z aktualnym rankingiem 9. w kraju) i automatycznie dostałam pracę w zawodzie. To było spełnienie marzeń. Lubiłam swoją pracę, ale im dłużej przebywałam w redakcji, tym miałam więcej wątpliwości. Po pierwsze pieniądze – niby nie najgorsze, ale nieregularnie wypłacane (poślizg 2-3 tygodnie). Dalej szef, który ani o byciu szefem, ani o byciu dziennikarzem nie miał pojęcia. Mało tego, jego stosunek do pracowników był często niestosowny, a słowa kierowane w stronę podwładnych nie miały nic wspólnego z wykonywaną pracę. Jako taki łagodny przykład mogę przytoczyć zdanie „znajdź sobie alfonsa”, choć wyrwane z kontekstu nie dla wszystkich może zabrzmieć tak niestosownie jak dla mnie. Nagromadzenie różnych czynników sprawiło, że odeszłam z redakcji w poszukiwaniu lepszego.
W międzyczasie zapisałam się na studia z zakresu marketingu i zarządzania. Miałam świadomość, że ten kierunek nie zapewni mi atrakcyjnej posady, ale nie ukrywam, że zrobiłam to dla papierka, a sam kierunek wydawał się łatwy do przejścia.
Bezrobotna byłam do marca. Jak na nasz rynek pracy i fakt, że na pracowników z moim wykształceniem nie ma zapotrzebowania, to duży sukces. Trafiłam to podrzędnej agencji reklamowej. Okres próbny, wiadomo – na czarno i za śmieszne pieniądze. Szkoda tylko, że później niewiele się zmieniło. Pieniądze były jeszcze niższe, wymagania rosły, a na porządku dziennym były uwagi typu „za mało wykorzystujemy Twoją wiedzę”. Myślę, że wykorzystywali mocno. Swoim samochodem woziłam szefa na różne spotkania (na których często moje pomysły były prezentowane jako autorskie szefa). Oczywiście nikt nie zwracał mi za paliwo, ani za wykonywane telefony. No ale czego nie robi się dla pracy? W momencie, kiedy zorientowałam się, że zarobki pozwalają na pokrycie kosztów benzyny i pilnych rachunków – postanowiłam odejść. Płynnie, z dnia na dzień, trafiłam do korporacji.
Miałam pozornie bardzo atrakcyjną pracę – rzecznik prasowy w pewnej firmie zajmującej się odnawialnymi źródłami energii. Zarobki super, zakres obowiązków przyjemny, pracę dziennikarzy znam, wydawało mi się, że wreszcie mam swoją wymarzoną firmę. Jedyną wadą była śmieciowa umowa, ale nie można mieć wszystkiego. Ostatniego pracodawcę mogę porównać do jabłka o pięknej czerwonej skórce, niestety z robakiem w środku. Co nie działało? Po pierwsze komunikacja, jako rzecznik często nie byłam informowana o tym, co dzieje się w firmie, a co najśmieszniejsze o niektórych sprawach dziennikarze wiedzieli przede mną. Szef nie miał pojęcia na czym polega praca rzecznika, a problemy najlepiej, gdyby dało się zamieść pod dywan. Raz nawet dostałam zakaz wypowiadania się, bo widocznie lepiej milczeć, niż próbować się bronić. Po drugie, bardzo istotna dla mnie kwestia – terminowa wypłata wynagrodzeń. Jako przykład posłuży mi końcówka roku. Umowa określała wypłatę wynagrodzenia 10 (co nigdy nie nastąpiło). Dokładnie 24 grudnia dostałam połowę wypłaty za listopad. Dziś mamy 22 stycznia, a ja nadal czekam na wynagrodzenie za drugą połowę listopada i za cały grudzień. I coraz częściej się zastanawiam, co z tymi naszymi firmami jest nie tak?
W grudniu dostałam propozycję powrotu do redakcji, z której skorzystałam. Co ciekawe, 7 stycznia 2013 roku byłam ostatni dzień w pracy, a 7 stycznia 2014 - pierwszy. Potrzebowałam okrągłego roku, żeby docenić to, co miałam wcześniej, czyli umowę na pełny etat i możliwość wykonywania pracy, którą lubię.
Strasznie się rozpisałam, ale na zakończenie chciałam odnieść się do wyznaczników „dobrej pracy”, o których pisała pani Aneta. Z dwoma ostatnim się zgadzam, natomiast pierwszy troszkę zmodyfikuję. Oczywiście chciałabym zarabiać dużo, jak każdy, ale znając realia i identyczne doświadczenia moich znajomych, dziś liczy się dla mnie co innego. Mianowicie praca powinna być płatna regularnie. Bo nie ważne czy zarabiam 800 zł, 1600 zł, czy 2500 zł. Jeśli wiem, że przysłowiowego 10 dostaję pensję, to mogę zaplanować jak ten miesiąc przetrwać. W innej sytuacji jest to trochę trudne, zwłaszcza przy niskich dochodach.  Moim zdaniem problem rynku pracy i nieuczciwych pracodawców jest tak duży, że można byłoby napisać o tym całą książkę. Ale warto dyskutować, bo może dzięki temu uda się coś zmienić. 

wtorek, 3 września 2013

Życie bez szkoły

Odeszłam z zawodu nauczyciela. Wczorajsze rozpoczęcie roku szkolnego zainaugurowało u mnie nowy rozdział. Przyczyn takiej decyzji było kilka: brak godzin nauczania w szkole, w której pracowałam, pękająca w szwach biurokracja, która sprawiała, że miałam coraz mniej czasu dla uczniów na rzeczywistą pracę, a coraz dłużej siedziałam nad korowodem papierów, chociaż nie do tego zostałam zatrudniona, wymysły różnych "mądrych głów" co do wymagań, zadań itp. bez równoczesnego wsparcia merytorycznego i finansowego szkół (patrz: sześciolatki) i z kilku jeszcze innych powodów, o których w tym momencie nie chcę się wypowiadać, bo nadal robi mi się niedobrze na samą myśl.
Nadszedł czas na zmianę. Mimo że przygotowywałam się do tej decyzji dość długo, to wyjście z "budżetówki" na wolny rynek pracy wiąże się z lękiem ("Czy dam radę?"), ale też podekscytowaniem (nowe wyzwania i możliwości, brak uwiązania etatem). No i tęsknię za kontaktem z moimi uczniami, za tymi łobuzami szczególnie...
Jak sobie poradzę, okaże się pewnie za jakiś czas. 
Tymczasem próbuję zorganizować swoje życie zawodowe na nowo: szukam nowej pracy, odświeżam swoje dokumenty aplikacyjne, doradzam, szkolę i nawet jakiś biznesplan się pisze... 

"Dwie drogi rozchodziły się w żółtym lesie.
Żal, że nie mogłem przebyć obu -
- Samotny Wędrowiec, którego w świat niesie.
Wpatrywałem się w pierwszą, stojąc u jej progu,
Jak skręca w oddali i w poszyciu znika.

Wybrałem tę drugą, gdyż chęć nieodparta
Słuszność decyzji motywowała,
Jakby chciała być przeze mnie przetarta,
Choć od pierwszej się nie odróżniała, 
A obie były wytyczone.

Tamtego ranka wyglądały na podobne.
Nie było śladów żadnego człowieka.
Na pierwszą powrócę - rzuciłem na odchodne,
Wiedząc, jak droga potrafi być daleka.
Wątpiłem jednak, czy powinienem powrócić.

Nieraz mnie to wspomnienie poniesie,
Gdy będę rozważał drogę obraną.
Dwie drogi rozchodziły się w lesie.
A ja? Obrałem tę mniej uczęszczaną.
I to właśnie wszystko odmieniło.
/R. Frost "Droga"/


I wybrałam... 




środa, 26 października 2011

Bezrobotni moimi oczami

Po raz kolejny czytam w gazecie o dotacjach przyznawanym osobom bezrobotnym na własną firmę do 40.000 zł i comiesięcznym wspomaganiu w wysokości 1000 zł przez pierwsze pół roku i 500 zł przez kolejne pół. Zastanawiam się, jak to się ma do rozwoju przedsiębiorczości. Przecież takie osoby nic nie muszą robić. Wystarczy, że nie robiły nic (oprócz zarejestrowania się w urzędzie) do tej pory ws. pracy. Wiem, że są wyjątki. Sama znam osoby, dla których zwolnienie z pracy stało się osobistym dramatem. Ale myślę, że stanowią one margines wśród bezrobotnych. Takie osoby często są też naprawdę zaangażowane w szukanie nowej. Jednak to nie zmienia, moim zdaniem, ogólnej tendencji. Mam doświadczenie w szkoleniu osób bezrobotnych, dla których tzw. 'pobudzanie chęci do rozwoju i przedsiębiorczości' jest tylko niepotrzebnym wymysłem urzędników. Ci ludzie w większości męczą się na różnych szkoleniach i uważają to za stratę czasu. Ze wzgardą mówią o niskich zasiłkach, za to mają olbrzymie problemy ze znalezieniem właściwej pracy, najlepiej niezbyt obciążającej, z wysokim wynagrodzeniem, blisko domu, w godzinach, kiedy dzieci są w szkole itp., itd. Mnożąc wymagania wobec odpowiedniego dla siebie zajęcia, często udowadniają, że tej pracy... nie ma. Decydują się często na założenie dofinansowanej własnej działalności gospodarczej (kolejny salon fryzjerski, kosmetyczny, sklep z odzieżą lub kwiaciarnia), bo „grzech nie wziąć takich pieniędzy” i starają się przetrwać określony czas. Po czym likwidują działalność. I tak za każdym razem publiczne, czyli nasze, pieniądze lądują w błocie. Nieudolność obecnego systemu walki z bezrobociem potwierdza m.in. ten artykuł
Według mnie, dawanie pieniędzy nie wspiera przedsiębiorczości. Umacnia jedynie wyuczoną (często też dziedziczną) bezradność. Rozmawiałam z wieloma osobami, które mieszkają lub mają zamiar wyjechać za granicę, bo tam są wysokie zasiłki.
Zapewne jest to kwestia mentalności, ale też rzetelnego i gruntownego przeanalizowania potrzeb i motywacji osób bezrobotnych przez ludzi zajmujących się tą problematyką. Praca nad tymi aspektami mogłaby rzeczywiście przynieść trwałe rezultaty. Bez tego wszelkie dotacje, zasiłki będą wspierać w większości przypadków cwaniactwo i bierność.

piątek, 12 listopada 2010

Po co mi praca?

Zapytałam kiedyś znajomą, dlaczego pracuje. Odpowiedziała mi krótko: "Bo lubię". Byłam zszokowana. Do tego momentu praca kojarzyła mi się z harówką w pocie czoła, jak w scenach z filmów o niewolnikach, wzmocnionych opowieściami o pracy w obozach koncentracyjnych. Z tego też powodu ciężko było kończyć studia, po których miał być już tylko trud i znój oraz szara rzeczywistość: praca-dom, praca-dom, praca-dom... Ale to bezpośrednie stwierdzenie dało mi do myślenia. W miarę upływu czasu przekonywałam się, że np. praca fizyczna (pakowanie, przygotowywanie do wysyłki druków, książek) była dla mnie lepsza niż wypisywanie faktur, czy tworzenie i aktualizacja baz danych. Na czym polegała podstawowa różnica? Na byciu z innymi ludźmi, na wchodzeniu w relacje i interakcje. Jest różnica między wpisywaniem Jana Kowalskiego do rubryczki, a spieraniem się z nim o to, gdzie ma leżeć taśma klejąca;)
Na przestrzeni kolejnych lat potwierdzało się to, że dla mnie satysfakcjonująca praca, to praca z ludźmi i dla ludzi. Dziś sukces w pracy definiuję jako przyczynianie się do pozytywnych zmian w życiu innych. Wtedy - nawet jak padam z nóg - nie jest to dla mnie zbyt duży trud.
John Ruskin stwierdził, że "zadowolenie z pracy zawodowej ludzie osiągają wówczas, gdy są spełnione trzy warunki: praca im odpowiada, nie są nią nadmiernie obciążeni i mają szansę osiągnąć sukces". Co do sukcesu, każdy będzie miał tu swoją definicję. Kiedy zaś praca, którą wykonujemy jest zgodna z naszymi możliwościami, zdolnościami, pragnieniami i umiejętnościami oraz potrzebami, to chyba jest niewielkie ryzyko, że będziemy nią nadmiernie obciążeni. To wszystko składa się na zadowolenie z pracy. Ono zaś przekłada się na wydajność, efektywność. Trudno więc oprzeć się wnioskowi, że pracodawcy, dbając o satysfakcję pracowników, przyczyniają się do sukcesu firmy!
Okazuje się też, że pieniądze nie są najważniejszym czynnikiem określającym, czy praca nam odpowiada, czy nie. Kiedy parę lat temu miała miejsce intensywna emigracja zarobkowa Polaków, słyszałam w radiu reportaż o polskich pielęgniarkach, które wyjechały do Szwecji, Norwegii, Anglii. Wypowiedź jednej z nich szczególnie utkwiła mi w pamięci. Stwierdziła m.in, że nawet gdyby w szpitalu w Polsce zaproponowano by jej lepsze warunki pracy i płacy niż ma teraz i tak by nie wróciła. Dlaczego? Bo za granicą jest szanowana! Bo np. po każdym zabiegu, operacji, przy której asystuje, lekarz jej dziękuje i cieszy się, że może z nią pracować.
Myślę, że ten przykład ładnie pokazuje, dlaczego ludzie wykonują jakąś pracę z zaangażowaniem.
Po iluś tam latach doświadczeń zawodowych wiem, że pracuję nie tylko po to, by zapłacić rachunki. Wiem też, że nie chcę być współczesnym niewolnikiem i wiem, że warto walczyć o to, by praca dawała mi radość.
PS. Przygotowując ten post natknęłam się na ciekawy post o podobnej tematyce (dotyczy głównie motywacji). Zainteresowanych odsyłam tutaj: http://ludzielubiapracowac.blogspot.com/2008/04/dlaczego-ludzie-pracuja.html
Pozdrawiam. Aneta