Kontynuując temat 'dobrej pracy', publikuję dziś post Klaudii Matyjaszewskiej, której doświadczenie uważam za cenne w kontekście rozważanej sprawy.
Ostatni rok
mojego życia był pełen zmian, zawirowań i wątpliwości. Zeszłam ze ścieżki, żeby
po roku na nią wrócić, ale od początku.
Jako dziecko pytana o to, kim
chce zostać, automatycznie odpowiadałam: stomatologiem. Praca dentysty
zainteresowała mnie tak mocno, że fascynacja tym zawodem trwała dość długo. W
zasadzie do momentu, kiedy zaczęłam uczyć się chemii i cóż, okazało się, że
moje minimum chemiczne ledwo wystarcza do zaliczenia tego przedmiotu w szkole.
Pogodziłam się z byciem humanistką, zresztą język polski był jednym z moich
ulubionych przedmiotów. Zaczęłam pisać do szkolnej gazetki i wtedy
postanowiłam, że zostanę dziennikarzem.
Ukończyłam
jedną z lepszych polskich uczelni (zgodnie z aktualnym rankingiem 9. w kraju) i
automatycznie dostałam pracę w zawodzie. To było spełnienie marzeń. Lubiłam
swoją pracę, ale im dłużej przebywałam w redakcji, tym miałam więcej
wątpliwości. Po pierwsze pieniądze – niby nie najgorsze, ale nieregularnie
wypłacane (poślizg 2-3 tygodnie). Dalej szef, który ani o byciu szefem, ani o
byciu dziennikarzem nie miał pojęcia. Mało tego, jego stosunek do pracowników
był często niestosowny, a słowa kierowane w stronę podwładnych nie miały nic
wspólnego z wykonywaną pracę. Jako taki łagodny przykład mogę przytoczyć zdanie
„znajdź sobie alfonsa”, choć wyrwane z kontekstu nie dla wszystkich może
zabrzmieć tak niestosownie jak dla mnie. Nagromadzenie różnych czynników
sprawiło, że odeszłam z redakcji w poszukiwaniu lepszego.
W międzyczasie zapisałam się na
studia z zakresu marketingu i zarządzania. Miałam świadomość, że ten kierunek
nie zapewni mi atrakcyjnej posady, ale nie ukrywam, że zrobiłam to dla
papierka, a sam kierunek wydawał się łatwy do przejścia.
Bezrobotna
byłam do marca. Jak na nasz rynek pracy i fakt, że na pracowników z moim
wykształceniem nie ma zapotrzebowania, to duży sukces. Trafiłam to podrzędnej
agencji reklamowej. Okres próbny, wiadomo – na czarno i za śmieszne pieniądze.
Szkoda tylko, że później niewiele się zmieniło. Pieniądze były jeszcze niższe,
wymagania rosły, a na porządku dziennym były uwagi typu „za mało wykorzystujemy
Twoją wiedzę”. Myślę, że wykorzystywali mocno. Swoim samochodem woziłam szefa
na różne spotkania (na których często moje pomysły były prezentowane jako
autorskie szefa). Oczywiście nikt nie zwracał mi za paliwo, ani za wykonywane
telefony. No ale czego nie robi się dla pracy? W momencie, kiedy zorientowałam
się, że zarobki pozwalają na pokrycie kosztów benzyny i pilnych rachunków –
postanowiłam odejść. Płynnie, z dnia na dzień, trafiłam do korporacji.
Miałam
pozornie bardzo atrakcyjną pracę – rzecznik prasowy w pewnej firmie zajmującej
się odnawialnymi źródłami energii. Zarobki super, zakres obowiązków przyjemny,
pracę dziennikarzy znam, wydawało mi się, że wreszcie mam swoją wymarzoną firmę.
Jedyną wadą była śmieciowa umowa, ale nie można mieć wszystkiego. Ostatniego
pracodawcę mogę porównać do jabłka o pięknej czerwonej skórce, niestety z
robakiem w środku. Co nie działało? Po pierwsze komunikacja, jako rzecznik
często nie byłam informowana o tym, co dzieje się w firmie, a co
najśmieszniejsze o niektórych sprawach dziennikarze wiedzieli przede mną. Szef
nie miał pojęcia na czym polega praca rzecznika, a problemy najlepiej, gdyby
dało się zamieść pod dywan. Raz nawet dostałam zakaz wypowiadania się, bo
widocznie lepiej milczeć, niż próbować się bronić. Po drugie, bardzo istotna
dla mnie kwestia – terminowa wypłata wynagrodzeń. Jako przykład posłuży mi
końcówka roku. Umowa określała wypłatę wynagrodzenia 10 (co nigdy nie
nastąpiło). Dokładnie 24 grudnia dostałam połowę wypłaty za listopad. Dziś mamy
22 stycznia, a ja nadal czekam na wynagrodzenie za drugą połowę listopada i za
cały grudzień. I coraz częściej się zastanawiam, co z tymi naszymi firmami jest
nie tak?
W grudniu
dostałam propozycję powrotu do redakcji, z której skorzystałam. Co ciekawe, 7
stycznia 2013 roku byłam ostatni dzień w pracy, a 7 stycznia 2014 - pierwszy.
Potrzebowałam okrągłego roku, żeby docenić to, co miałam wcześniej, czyli umowę
na pełny etat i możliwość wykonywania pracy, którą lubię.
Strasznie się
rozpisałam, ale na zakończenie chciałam odnieść się do wyznaczników „dobrej
pracy”, o których pisała pani Aneta. Z dwoma ostatnim się zgadzam, natomiast
pierwszy troszkę zmodyfikuję. Oczywiście chciałabym zarabiać dużo, jak każdy,
ale znając realia i identyczne doświadczenia moich znajomych, dziś liczy się
dla mnie co innego. Mianowicie praca powinna być płatna regularnie. Bo nie
ważne czy zarabiam 800 zł, 1600 zł, czy 2500 zł. Jeśli wiem, że przysłowiowego
10 dostaję pensję, to mogę zaplanować jak ten miesiąc przetrwać. W innej
sytuacji jest to trochę trudne, zwłaszcza przy niskich dochodach. Moim zdaniem problem rynku pracy i
nieuczciwych pracodawców jest tak duży, że można byłoby napisać o tym całą
książkę. Ale warto dyskutować, bo może dzięki temu uda się coś zmienić.