sobota, 19 marca 2016

Jakie książki są najlepsze?

Czytam od zawsze. Najpierw wszystko to, co wpadło mi w ręce i miało druk (tak..., nawet etykiety na szarym papierze toaletowym, bo byłam ciekawa, skąd pochodzi), potem to, co było drukowane i miało okładki. Gatunki były różne: kryminały, horrory, romanse, literatura młodzieżowa, biograficzna... Dziś moja biblioteczka jest wzbogacona o pozycje z zakresu rozwoju osobistego i zawodowego. Generalnie mogę podzielić czytane książki na:
  1. jednorazówki - to np. romanse, horrory, kryminały, przygodowe, które pozwoliły mi miło spędzić czas i zarwać noc lub dwie, ale po tygodniu nie pamiętałam, o czym były i nie odróżniałam bohaterów; ta kategoria obejmuje też te pisane kiepskim językiem, z błędami;
  2. wielokrotnego użytku - takie, do których wracam po kilka razy i wciąż znajduję ciekawe dla siebie rzeczy, wykorzystując je w swojej pracy i życiu osobistym; w tej grupie wyróżniłabym jeszcze pozycje "głębokie" - tzn. takie, które pozwalają mi spojrzeć "pod podszewkę świata", dotknąć drugiego dna i - często - wywracają moje poglądy do góry nogami, pokazują, jak mało jeszcze wiem.
Od czego zależy, czy uznam, że książka jest dla mnie bardzo dobra i ważna? Przede wszystkim od tego, co aktualnie przeżywam, co jest dla mnie ważne. Jeśli zastanawiam się nad czymś i okazuje się, że lektura (albo jej fragment) przynosi mi odpowiedź, powstaje efekt 'eureki' ("To jest właśnie to!"). Tak jakby książka dokładnie wpasowała się w kontekst mojego życia. 
Dobra książka to zatem książka czytana we właściwym czasie -czasie kairos.
Według greckiej mitologii, 'kairos' to grecki bożek szczęśliwego zbiegu okoliczności, szczęśliwego momentu lub wręcz odwrotnie: niewykorzystanej szansy. W ujęciu filozoficznym - to pojęcie oznaczające zwrotny moment życiowy, w którym człowiek jest zmuszony do podjęcia rozstrzygającej decyzji, która radykalnie odwraca dotychczasowy bieg zdarzeń (definicje podane za Wikipedią).
Czasami trzeba "przekopać się" przez wiele tekstów, żeby znaleźć bezcenną "perłę", która  ma moc zmienić nasze życie.
I takich lektur Państwu życzę. :)



zdj. ShutterStock

niedziela, 13 marca 2016

Do osób wchodzących na rynek pracy

W związku z tym, że zdarzyło mi się przyjmować osoby do pracy, zebrało mi się kilka przemyśleń. Uznałam, że odpowiednią formą będzie kilka rad. Mogą z nich skorzystać również osoby, które zasiedziały się w jednym zakładzie pracy kilkanaście lat, a teraz - często w wyniku reorganizacji, zwolnień itp.- są zmuszone szukać pracy. 
  1. Przygotuj dokumenty aplikacyjne. Do niedawna wydawało mi się, że informacje nt. tego, jak powinno wyglądać cv są łatwo dostępne i nie trzeba już o tym "trąbić", ale okazuje się, że tylko mi się wydawało. A więc doczytaj, jak napisać poprawne cv z punktu widzenia pracodawcy, a nie Twojego. Choć nie ma jednego wzoru cv, bardzo ważne jest doświadczenie zawodowe (ułożone od najbardziej aktualnego do najmniej; podobnie z wykształceniem), zredagowanie tekstu, jednolita czcionka. Dokument ma się łatwo i szybko czytać. Zwróć uwagę, czy pracodawca oczekuje listu motywacyjnego. Jeśli nie, możesz sobie darować. Nie wysyłaj aplikacji gdzie popadnie, przypadkowo. Jeśli jest mi potrzebny nauczyciel, naprawdę nie potrzebuję pakowacza czy kuriera. Cv świadczy o autorze, a cv niezwiązane z ogłoszeniem, ofertą pracy świadczy o braku podstawowej umiejętności, jaką jest czytanie ze zrozumieniem. I żadne dyplomy tu nie pomogą.
  2. Przygotuj się do rozmowy kwalifikacyjnej. Przeczytaj uważnie treść ogłoszenia pod kątem wymagań i preferencji. Zbierz informacje nt. firmy, do której aplikujesz tak, żeby wiedzieć, gdzie idziesz i po co.
  3. Wykaż się podstawami dobrego wychowania! Rozmawiając z potencjalnym pracodawcą lub jego przedstawicielem: 
  • przyjdź punktualnie na spotkanie (albo nawet bądź przed czasem);
  • zapukaj zanim wejdziesz;
  • powiedz 'dzień dobry' (i 'do widzenia' przy wyjściu), przedstaw się;
  • wyłącz telefon przed spotkaniem, a jeśli musisz mieć włączony, nie pisz/nie odbieraj sms-ów lub połączeń; to naprawdę kiepsko wygląda.
  • zadawaj pytania na temat - wtedy to rzeczywiście będzie 'rozmowa', a nie jednostronny przekaz.   
4. Daj pracodawcy prawo do wybrania innego kandydata. Nie obrażaj się. Może tym razem nie byłe(a)ś taki super, jak Ci się wydawało... 


zdj. za:: https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi5DfYbV5_br9yL6xI3QX0gqqZjMYHERx_tC4gxpw049XMPsywQ7SkfpqwvbkxuxtduKjcp0-WNG3Bg7kpgv0Ul9S93YC3I1JWe6XoeVGNJ5z5JINbtdLmtjtrLw-KvRWJ2aA6YPNWGpAIK/s1600/Working+Time.png

niedziela, 28 lutego 2016

Od kogo się uczyć? Kilka słów o kryteriach wyboru

Jako wielka fanka rozwoju osobistego, nad którym sama nieustannie pracuję, często spotykam się z ludźmi, którzy, owszem, potrafią zrobić szoł, sprzedać swoje usługi, książki, przekonać do różnych teorii, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przy okazji wyrządzają sporo szkód osobom, które chcą się rozwijać, uczyć. 
Jak wiedzieć, kto oferuje rzetelne usługi, a kto jest tylko szołmenem kreującym się na wybitnego specjalistę. 
Nie chodzi mi o to, by kierować się tylko dyplomami, tytułami i sprawdzonymi naukowo teoriami. To byłoby - według mnie - zbyt wąskie podejście. Zresztą swoją wiedzę staram się czerpać z różnych źródeł i nie robią na mnie wrażenia "doktory" czy "profesory". Za tytułami, honorami kryje się człowiek, który może się mylić. Jednak jakiejś kryteria weryfikacji dobrze przyjąć, opierając się bowiem tylko na swoim wrażeniu lub odczuciu można łatwo zabrnąć w ślepy zaułek i ulec manipulacyjnemu "guru". Z drugiej strony trzeba pamiętać, że wszelkiej maści pionierzy - ci, którzy wymyślili coś z niczego (proch, penicylina, komputer, samolot, wyprawy w kosmos itp.), nie mieli jak zweryfikować słuszności swoich wyborów, nie mieli do czego się odnieść, bo nikt wcześniej na to nie wpadł. Jedynie czas pokazał, że się nie mylili. Na co więc zwrócić uwagę zanim zapłacimy za szkolenie, zaufamy komuś w tej sferze?

  • Przejrzyjmy dostępne w internecie, bezpłatne materiały nt. zagadnienia, które nas interesuje, osoby, z którą chcielibyśmy pracować (kim jest - tu może być ważny jej światopogląd, formacja, od kiedy działa w danej branży, jakie ma doświadczenie - te 2 punkty są powiązane; nie chodzi tu raczej o wiek, ale zdobyte doświadczenie, chociaż ja raczej nie wybrałabym 25-letniego coacha).
  • Rozwijając element światopoglądowy: jeśli np.uważam, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze, a ktoś mówi mi jak łatwo się wzbogacić, żyć na luzie, nie za bardzo przejmując się innymi, warto się zastanowić, czy razem nam po drodze. Ten punkt dotyczy też naszych życiowych celów i priorytetów jako punktu odniesienia.
  • Spróbujmy znaleźć inne osoby, które zajmują się czymś podobnym, żeby mieć porównanie.
  • Jeśli ktoś prowadzi bloga - dobrze jest zwrócić uwagę, kto jest najczęstszym odbiorcą, obserwującym czy komentującym; jeśli średnia wieku to 20 kilka lat, a ja mam 30-40, cóż... nie sądzę, żeby ich opinie były dla mnie dobrą wskazówką, choć tu wartością będzie na pewno zapoznanie się z ich sposobem patrzenia na świat.
  • Weźmy pod uwagę przygotowanie merytoryczne takiej osoby: skąd wie, to co głosi? Ma duże doświadczenie życiowe? To dobrze! Ale historie, które opowiada są właściwe tylko jej. Nie jesteśmy w stanie zrealizować jej schematu, a więc i osiągnąć takich samych efektów. 
  • Ważne w przypadku imortowanych specjalistów: nawet jeśli to, czego nauczają ma solidne podstawy naukowe i poparte jest wieloletnim doświadczeniem - odnosi się do realiów innego kraju i tym samym innej mentalności (np. USA). Warto w takiej sytuacji pamiętać, że możemy nie osiągnąć zamierzonych efektów ze względu np. na inne uwarunkowania prawne, obyczajowe itp.
Czy dodalibyście jeszcze jakieś kryteria do powyższych? Czym Wy kierujecie się podejmując decyzję o swoim rozwoju?

piątek, 19 lutego 2016

Rozwój osobisty - dlaczego warto?

Ojej, to już luty!
Wiele spraw wydarzyło się od ostatniego wpisu: zdobyłam nowe doświadczenia, poznałam nowych ludzi i siebie. Jednocześnie zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem, a co za tym idzie weszłam w tryby machiny służby zdrowia (szpital, badania, rozmowy z lekarzami, leki itp.).
Ku swojemu zaskoczeniu nie panikuję, mam poczucie bezpieczeństwa i przekonanie, że jestem w dobrych rękach oraz że to wszystko ma sens. Pozytywne nastawienie i pokój jakoś nie chcą mnie opuścić, więc myślę, że moja postawa nie jest szokiem, a raczej efektem. Czego? Wielu lat pracy nad sobą. Wcześniej wiele razy mogłam służyć wsparciem innym - bliskim, znajomym, klientom. To, co im mówiłam, to nie były puste słowa. Naprawdę wierzyłam, że tak jest, że można sobie poradzić w trudnej sytuacji. I potwierdzam to swoim życiem.
Kiedyś usłyszałam zdanie: "Pokaż mi swoje blizny, a wtedy zdecyduję, czy ci uwierzę". Tylko wojownik, który stoczył niejedną walkę, zna gorycz porażki, ale i smak zwycięstwa, jest wiarygodny. Takiemu człowiekowi można uwierzyć, bo wie, co mówi.
Dzięki pracy nad sobą mogę dziś cieszyć się dobrym samopoczuciem nawet wbrew okolicznościom i wierzyć, że wszystko jest na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Otoczenie jest odbiciem tego, co się we mnie dzieje: spotkałam empatycznych, kompetentnych lekarzy, uśmiechnięte i serdeczne pielęgniarki, zaangażowanych pracowników, oddanych przyjaciół i bliskich. 
Utwierdzam się w przekonaniu, że warto pracować nad sobą, nad swoim stosunkiem do świata i innych, zgodnie z zasadą: "Co siejesz, to i żąć będziesz". Dla mnie jest to czas żniw.

niedziela, 4 października 2015

Zespół na czas kryzysu

W strumieniu mnóstwa spraw, ludzi, obowiązków, telefonów coraz częściej przebija się we mnie świadomość i potrzeba dokonywania wyborów. Czasem trudnych i błędnych, ale na własną odpowiedzialność.
Do napisania tego postu zainspirował mnie film "Everest". M.in. uświadomił mi, jak łatwo jest zagubić się, nie osiągnąć rezultatu, kiedy zlekceważy się to, co ważne.
1. Stawianie sobie ambitnych celów, zdobywanie everestów to jedno. Drugą ważną rzeczą jest to, z kim je chcesz realizować. Rob - główny bohater filmu, przewodnik wyprawy, wziął na szczyt m.in. niedomagającego listonosza, który od początku kaszlał i kiepsko wyglądał, oraz bogatego Teksańczyka po operacji oczu. To były "słabe ogniwa", które jednak bardzo chciały, ale które w ekstremalnych warunkach musiały pęknąć. I pękły. 
Kilka lat temu słuchałam programu w radiu o badaczach przebywających na Antarktydzie. Polak, który prowadził takie ekspedycje, opowiadał, że wyjeżdżają ci, którzy przechodzą ostrą selekcję kompetencyjną, zdrowotną i psychiczną. W warunkach skrajnego zimna, ciągłych ciemności, przebywania w zamknięciu z tymi samymi ludźmi przez dłuższy czas szybko ujawniają się słabości, co może być bardzo niebezpieczne dla pozostałych członków załogi. Podstawą jest więc stabilność zdrowotna, emocjonalna i psychiczna uczestników, żeby zminimalizować ryzyko.
Taką selekcję zrobił kapitan statku "Endurance" - E. Shackleton, który podczas wyprawy na Antarktydę nie stracił ani jednego człowieka i wszystkich sprowadził do domu. Podobnie postąpił Marek Edelman, który zdecydował zostawić niektóre kobiety w likwidowanym getcie, aby zwiększyć szanse na przeżycie swoje i innych.
2. Rob zlekceważył ostrzeżenia o nadchodzącej burzy. "To tylko prognozy". Myślenie "mnie to nie spotka" jest bliskie wielu z nas, prawda? Takie podejście można rozszerzyć na sytuacje, kiedy nie bierze się pod uwagę sygnałów z otoczenia. Taka arogancja może wiele kosztować.
3. I pozostaje pytanie o cenę: jaką cenę można/warto zapłacić za osiągnięcie celu? Czy życie przyjaciela, który upiera się przy swoim wbrew sygnałom o zagrożeniu, jest warte życia córki bez ojca?
Wnioski, jakie płyną dla mnie z tych historii:
  1. Uważnie dobieraj ludzi do zespołu, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Indywidualizm, egocentryzm i egoizm członków grupy świetnie sprzedaje się w mediach i wygląda w poradnikach sukcesu, ale może znacznie utrudnić osiągnięcie celów.
  2. Bierz pod uwagę czynniki zewnętrzne, które mogą spowodować zmianę kierunku działania.
  3. Przemyśl ryzyko i realizację własnych celów.
Zdobyć Everest to dopiero połowa sukcesu. Trzeba jeszcze bezpiecznie wrócić do domu.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Dziecko idzie do pracy

No i stało się: dwoje moich nastoletnich dzieci poszło do pierwszej w życiu pracy. 
Doszłam jako matka do takiego momentu, w którym dotarło do mnie, że już niewiele mogę dodać do ich wychowania. Fundamenty położone, ławy zalane...,; można powiedzieć: stan surowy zrobiony. Coraz częściej czuję się jak "gadająca głowa" (żeby nie powiedzieć 'zrzędząca'), a moja młodzież jednym uchem wpuszcza te moje mądrości, a drugim wypuszcza, albo co najwyżej zaszczyca mnie kolejnym 'zaraz'. W tym wieku bardziej liczy się opinia rówieśników i innych osób niż rodziców... Uznaliśmy z mężem, że w tej sytuacji wychowanie przez pracę może przynieść o wiele lepsze efekty niż nasze rodzicielskie gadanie. Tak więc powierzyliśmy nasze dzieci innym ludziom.
A ja-matka próbuję nie pokazywać po sobie zdenerwowania. Dla mnie to swoisty sprawdzian i test tego, co naprawdę daliśmy naszym dzieciom, co im zaszczepiliśmy, jakie wartości. Chwilami zastanawiam się, czy to nie jest za wcześnie, że jeszcze zdążą się w życiu napracować i... mam ochotę odwołać wszystko i wziąć te moje nastolatki znów pod skrzydła...

A Wy co myślicie o posyłaniu dzieci do pracy?

piątek, 13 marca 2015

Dzwoń, kiedy czegoś potrzebujesz!

Ten artykuł powstał jako odpowiedź na częste memy/żale pojawiające się w różnych serwisach, gdzie niektórzy wylewają swoją frustrację w formie: "Wszystkim, którzy pamiętają o mnie tylko, gdy czegoś chcą, mówię spier...". 
Mhm... W pierwszym odruchu potwierdzam, że to jest wkurzające: czasem nawet kilka lat ciszy, gdy nagle ktoś sobie przypomina, że możesz mu coś ułatwić.
W drugim odruchu jednak stwierdzam, że jeśli chodzi o mnie, to:
  • cieszę się, że ten ktoś o mnie pamięta. Lubię pomagać innym, a potencjalne interesy mogą być okazją do odświeżenia kontaktu;
  • nie widzę problemu, kiedy ktoś jasno i uczciwie przedstawia sprawę; wtedy wiem, że robimy "biznes", a nie dbamy o przyjaźń;
  • wściekłość mnie natomiast ogarnia, kiedy ktoś dzwoni, umawiamy się na kawę w celu budowania/odświeżania relacji, a w trakcie spotkania okazuje się, że chce mi sprzedać ubezpieczenie/proszek do prania itp. Bardzo źle reaguję na takie manipulacje. :)
  • sama nie dzwonię po ludziach, żeby zapytać, co gotują na obiad i czy mamusia zdrowa, i jestem też kiepskim słuchaczem w takich sytuacjach. Zdarza się, oczywiście, ale dotyczy to dosłownie kilku osób! W przypadku pozostałych, często mi obcych - zastanawiam się wtedy: "Po co dzwonisz, skoro nic nie chcesz?" i zwyczajnie szkoda mi czasu na takie pogawędki.
Dlatego apel do wszystkich moich Znajomych, Bliskich, z którymi znamy się osobiście i w realu: Dzwońcie, kiedy czegoś potrzebujecie ode mnie! Nawet jeśli mamy sporadyczny kontakt. 
Budowanie relacji nie polega na rozmawianiu o zupie pomidorowej...


zdj. http://foter.com/technology