Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój osobisty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój osobisty. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2020

Krytyczne momenty i ich skutki

Popatrz wstecz na swoje życie i przypomnij sobie (oraz najlepiej zapisz na kartce) krytyczne momenty - takie, podczas których Twój świat najpierw się zatrzymał, a później zmienił. Może to był ślub, ciężka choroba lub śmierć kogoś bliskiego, narodziny dziecka, rozwód, utrata pracy? 
Jak sobie poradziłeś? Co Ci pomogło przetrwać? Jakie cechy i umiejętności pomogły Ci poradzić sobie z tą sytuacją?
Może nadal z niechęcią wspominasz te wydarzenia. Wciąż czujesz tę samą mieszankę uczuć: strach, nadzieję, niepewność, żal... A jeśli powiem Ci, że właśnie w tych najtrudniejszych sytuacjach pokazałeś swą siłę i moc? Tak, dobrze czytasz. Właśnie wtedy, kiedy czułeś się najsłabszy, jak zbity pies, a mimo to wstałeś, zmierzyłeś się z tą sytuacją i pokonałeś te trudności. 
Nasza wewnętrzna siła nie bierze się z miłego i bezproblemowego życia. Choć trudno to przyjąć, to nasza moc doskonali się w słabości. Nie z bezmyślnie klepanych afirmacji typu: "Jestem zwycięzcą", ale z własnych doświadczeń możemy czerpać odwagę i nadzieję na życie, któremu damy radę.



niedziela, 28 lutego 2016

Od kogo się uczyć? Kilka słów o kryteriach wyboru

Jako wielka fanka rozwoju osobistego, nad którym sama nieustannie pracuję, często spotykam się z ludźmi, którzy, owszem, potrafią zrobić szoł, sprzedać swoje usługi, książki, przekonać do różnych teorii, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przy okazji wyrządzają sporo szkód osobom, które chcą się rozwijać, uczyć. 
Jak wiedzieć, kto oferuje rzetelne usługi, a kto jest tylko szołmenem kreującym się na wybitnego specjalistę. 
Nie chodzi mi o to, by kierować się tylko dyplomami, tytułami i sprawdzonymi naukowo teoriami. To byłoby - według mnie - zbyt wąskie podejście. Zresztą swoją wiedzę staram się czerpać z różnych źródeł i nie robią na mnie wrażenia "doktory" czy "profesory". Za tytułami, honorami kryje się człowiek, który może się mylić. Jednak jakiejś kryteria weryfikacji dobrze przyjąć, opierając się bowiem tylko na swoim wrażeniu lub odczuciu można łatwo zabrnąć w ślepy zaułek i ulec manipulacyjnemu "guru". Z drugiej strony trzeba pamiętać, że wszelkiej maści pionierzy - ci, którzy wymyślili coś z niczego (proch, penicylina, komputer, samolot, wyprawy w kosmos itp.), nie mieli jak zweryfikować słuszności swoich wyborów, nie mieli do czego się odnieść, bo nikt wcześniej na to nie wpadł. Jedynie czas pokazał, że się nie mylili. Na co więc zwrócić uwagę zanim zapłacimy za szkolenie, zaufamy komuś w tej sferze?

  • Przejrzyjmy dostępne w internecie, bezpłatne materiały nt. zagadnienia, które nas interesuje, osoby, z którą chcielibyśmy pracować (kim jest - tu może być ważny jej światopogląd, formacja, od kiedy działa w danej branży, jakie ma doświadczenie - te 2 punkty są powiązane; nie chodzi tu raczej o wiek, ale zdobyte doświadczenie, chociaż ja raczej nie wybrałabym 25-letniego coacha).
  • Rozwijając element światopoglądowy: jeśli np.uważam, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze, a ktoś mówi mi jak łatwo się wzbogacić, żyć na luzie, nie za bardzo przejmując się innymi, warto się zastanowić, czy razem nam po drodze. Ten punkt dotyczy też naszych życiowych celów i priorytetów jako punktu odniesienia.
  • Spróbujmy znaleźć inne osoby, które zajmują się czymś podobnym, żeby mieć porównanie.
  • Jeśli ktoś prowadzi bloga - dobrze jest zwrócić uwagę, kto jest najczęstszym odbiorcą, obserwującym czy komentującym; jeśli średnia wieku to 20 kilka lat, a ja mam 30-40, cóż... nie sądzę, żeby ich opinie były dla mnie dobrą wskazówką, choć tu wartością będzie na pewno zapoznanie się z ich sposobem patrzenia na świat.
  • Weźmy pod uwagę przygotowanie merytoryczne takiej osoby: skąd wie, to co głosi? Ma duże doświadczenie życiowe? To dobrze! Ale historie, które opowiada są właściwe tylko jej. Nie jesteśmy w stanie zrealizować jej schematu, a więc i osiągnąć takich samych efektów. 
  • Ważne w przypadku imortowanych specjalistów: nawet jeśli to, czego nauczają ma solidne podstawy naukowe i poparte jest wieloletnim doświadczeniem - odnosi się do realiów innego kraju i tym samym innej mentalności (np. USA). Warto w takiej sytuacji pamiętać, że możemy nie osiągnąć zamierzonych efektów ze względu np. na inne uwarunkowania prawne, obyczajowe itp.
Czy dodalibyście jeszcze jakieś kryteria do powyższych? Czym Wy kierujecie się podejmując decyzję o swoim rozwoju?

środa, 6 kwietnia 2011

O pożytkach z kaligrafii

Kilka dni temu miałam okazję zafunkcjonować w dwóch rolach - jako organizator i uczestnik warsztatów kaligrafii średniowiecznej (dokładniej: romańskiej uncjały).
Będąc osobą od jedzenia, picia, sprzątania i dbania o wygodę biorących udział i prowadzącej, byłam zaskoczona tym, że wszystko szło jak po maśle: pojawiające się problemy były na bieżąco rozwiązywane, z kimkolwiek nie rozmawiałam - bez trudności udawało się załatwić to, co trzeba. Ciekawe, że taki obrót spraw budził we mnie podejrzenie o to, że o czymś zapomniałam, czegoś nie dopatrzyłam. Odetchnęłam dopiero, kiedy okazało się, że obiad możemy zjeść tylko za pomocą... małych plastikowych łyżeczek.
Jako uczestnik przekonałam się o kilku rzeczach:
  1. że pisanie jest sztuką (zwłaszcza ładne) oraz że każda litera ma swój charakterek ("S" okazało się najbardziej wredne);
  2. że podczas kaligrafowania wychodzą na wierzch różne nasze narowy, tj. brak cierpliwości (bo w pracy często załatwiamy rzeczy na wczoraj), brak koncentracji, a także skłonność do kantów (moja literka "h" długo nie chciała być zaokrąglona) oraz zdobień, zawijasów;
  3. że przyjemniej jest pisać stalówką i tuszem niż długopisem;
  4. że wiele lat temu odejście od ćwiczeń kaligraficznych w szkołach było błędem.
 Przyjemnie było poczuć się znów jak mała dziewczynka, która dopiero uczy się pisać, poświęcając każdej literze całą swoją uwagę. To było doświadczenie bycia "tu i teraz". To także poczucie bycia na początku czegoś, możliwość opisania wszystkiego na nowo, w nowy sposób. Bardzo cenne i odświeżające przeżycie.

Uczestniczki podczas swojej pracy.

piątek, 25 marca 2011

"Carpe diem!" - łatwo powiedzieć...

Od jakiegoś czasu "przerabiam" temat radości z życia. Zastanawiam się, czy ja i ludzie wokół potrafimy cieszyć się tym, co życie przynosi. Doszłam do wniosku, że starożytna idea współcześnie przybrała formę hedonizmu, często pojmowaną jako "skóra, fura i komóra". Jednak to nie jest to samo. Można zaobserwować dwie główne postawy: jedni skupiają się na doraźnych celach i to często tych materialnych; drudzy - niezadowoleni ze swojej obecnej sytuacji życiowej, ciągle czekają na lepsze czasy (lepszą pracę, lepszą pogodę, aż dzieci dorosną, aż mąż/żona się zmieni itd.). Ale - jak to już ktoś mądry zauważył - żyjemy dziś. Przeszłość już jest za nami i nie wróci, a przyszłości jeszcze nie ma, jeszcze się nie wydarzyła. Do dyspozycji mamy tylko 'dziś'. Dla mnie epikurejska idea carpe diem jest bardzo cenna i często pozwala mi spojrzeć na to, co się dzieje jak na dar. Bo dopiero z perspektywy czasu możemy ocenić, czy jakieś wydarzenie (postrzegane początkowo jako negatywne) służyło naszemu rozwojowi, czy też nie. Kiedy tak siądę sobie w kąciku, pomyślę o ludziach, których do tej pory spotkałam i o tym, ile dobra doświadczyłam od nich, odczuwam wdzięczność. Nauczyłam się pilnować siebie i cieszyć się tym, co mam i zarazem stawiać sobie ambitne cele, realizować marzenia. Jedno nie wyklucza drugiego. Dobrze oddaje to powiedzenie Casey'a: "Keep your head in the sky and your feet on the ground".
Zastanawiam się również, jak objawia się radość życia; po czym ją poznać. Czy wystarczy nieustannie się uśmiechać? Milczeć o swoich kłopotach? Kiedy przychodzę do pracy, koleżanki często pytają, czy się już obudziłam albo na co/na kogo jestem od rana zła. I czasem mam "focha". Ba, nawet "focha z przytupem" (nie lubię rano wstawać!!!!). Ale mimo to czuję się spełnioną i w gruncie rzeczy szczęśliwą kobietą. Widać więc po raz kolejny, że pozory mogą mylić. Smutna mina nie zawsze świadczy o tym, że ktoś jest nieszczęśliwy. Znam przypadki (samych mężczyzn), że jednego dnia wygłupiali się z dziećmi, bawili się i śmiali, po czym wieczorem popełnili samobójstwo. Strach pomyśleć, co się kryło pod uśmiechami.
Kolejne pytanie, które mi się nasuwa: czy w ogóle powinniśmy pokazywać światu, innym, że jesteśmy zadowoleni ze swojego życia? Może lepiej zachować to dla siebie?
Ciekawa jestem jak to wygląda u Was? Czy doświadczacie radości życia? Jeśli tak, to jak to się objawia? A może macie jakieś swoje sposoby, żeby przywołać ten stan?

środa, 9 lutego 2011

Nasz człowiek w USA. Dlaczego woli Stany?

Poniżej zamieszczam post Marleny, która obecnie przebywa w Stanach i znalazła chwilę, by go napisać. Zapraszam do komentowania.
Poproszono mnie o podzieleniu się wrażeniami z pobytu w Stanach. Może nie tyle wrażeniami, co ocenieniem różnic pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi. Różnic jest tak wiele, że po opisaniu każdej z nich, co dla niektórych mój post mógłby okazać się nudny... Wolę nie ryzykować, więc skupię się zaledwie na kilku ważnych różnicach jakimi są: pozytywne myślenie, wiara w siebie i szacunek dla innych. Ameryka uczy mnie tego. Społeczeństwo jest bardzo otwarte na młodych ludzi i - w przeciwieństwie do naszego kraju - tutaj wszystko jest na "tak".
W moich kontaktach z ludźmi, zawsze podkreślam moje pochodzenie i zawsze dodaję: „I'm very proud to be Polish”. Taka jest prawda. Lecz prawdą jest również fakt, że ... nie chciałabym wrócić do Polski jako miejsca zamieszkania. Nie wiem czy ta decyzja kwalifikuje mnie już jako pretensjonalną osobę wyzutą z patriotyzmu?! Nie mniej podtrzymuję swoje zdanie.
Mieszkam w Stanach zaledwie 7 miesięcy i doświadczyły mnie zarówno pozytywne, jak i negatywne uroki bycia tutaj. Aczkolwiek California (bo w tym Stanie obecnie mieszkam) daje tak wiele możliwości rozwoju, pogłębiania swoich zainteresowań, wypróbowania nowych zamiłowań, o co w Polsce jest naprawdę ciężko. Pracując po studiach za najniższą krajową pensję w Polsce można sobie pozwolić zaledwie na karnet na siłownię i raz w miesiącu na wyjście do kina. Dobre i to... Jeśli w doborowym towarzystwie, to też to może być fajnie spędzony czas:)
A ile takich fajnych chwil oferuje nam życie w Stanach? Wiele, naprawdę mnóstwo. Pracując za najniższą krajową w Californii (mimo, ze jest jednym z najdroższych do życia stanów w USA i obecnie tkwi w kryzysie gospodarczym), możesz sobie pozwolić na wypróbowanie siebie w rożnych dziedzinach sportu, kultury, rozrywki i po takich doświadczeniach mieć swoje hobby, które naprawdę uwielbiasz. Nie wspominam oczywiście o wyjściach do kina, o uprawianiu jogi, o wyjściu na siłownię, basen czy o spotkaniach z przyjaciółką w meksykańskiej restauracji, popijając cadilac margheritę:). Te wszystkie rzeczy robię kilka razy w miesiącu. No, z tą jogą jest różnie:/ Wolę chyba bardziej aktywny sport i zaczynam uczyć się surfować (po internecie już potrafię, teraz czeka mnie większa fala:)) Życzycie powodzenia? Dziękuję. Wiem, że się uda:)
Następny gościnny post (jeśli blogowiczka pozwoli) będzie o moich nowych doznaniach w sferze zainteresowań i dalszych poszukiwania tego, co uczyni mnie bardziej szczęśliwym człowiekiem. Zboczyłam trochę z tematu, więc się naprostowuję... Myślę, że wartym opisania jest także pierwszy kontakt z Amerykaninem. Pierwszy kontakt jest kontaktem wzrokowym, lecz w kolejnej sekundzie następuje powitanie i pytanie w jednym: "Hi, How you are doing?”. Może na początku jest to frustrujące (sama zastanawiałam się, ile razy w ciągu dnia można odpowiadać: "Good, thank you. How are you?" i tak do znudzenia...), ale po kilku miesiącach pobytu w Stanach uwielbiam ten pierwszy i jakże fajnie fałszywy dialog:) Co zyskują Polacy na tym, że zwierzą się pani na przystanku, panu w autobusie, bądź sprzedawczyni w kiosku, że nie czują się dobrze, że kolejny raz coś doskwiera, że mąż znów się upił, a synowa to potwor nie człowiek? Czy czują ulgę opowiadając o swoim jakże beznadziejnym i smutnym życiu? Jakim prawem ci ludzie obarczają innych swoimi problemami? Jak mogą być aż tak egoistyczni? Czy Ci biedni słuchacze, którzy muszą wysłuchiwać - nie mając wyjścia (bo np. czekają w kolejce do lekarza) - wszystkich nazw chorób, jakie posiada pani X i przy tym nazw leków, które musi brać wraz z zaleceniami?
Dlaczego w mentalności amerykańskiej taki stan nie ma miejsca? A jeśli coś takiego by się pojawiło, to taką osobę szybko się eliminuje, uznając za szaloną.
Życie w USA uczy mnie pozytywnego patrzenia na świat, otaczających mnie ludzi, motywuje do działania, do kreowania siebie jako aktywnego i pełnego pomysłów człowieka, do szukania w życiu tego czego chce, a nie tego co musi.
O ile w Polsce mój wiek już kwalifikuje mnie do bycia starą panną (w tym roku będzie 28 lat:)), tak tutaj nikomu na myśl nie przyjdzie zapytanie mnie o posiadanie męża ,a tym bardziej dziecka, bo przecież za młoda jestem, by takowy inwentarz posiadać:) Teraz to wiem:) I to właśnie sprawia, że uwielbiam Amerykę, Stany, Californię:). Natomiast te wszystkie negatywne odczucia związane z polską mentalnością, nie zmieniają faktu, iż jestem Polką i jestem z tego bardzo dumna.