poniedziałek, 12 września 2011

Sabbatical year czas zacząć

Uważam, że z takim urlopem jest trochę jak z ciążą. W którymś momencie trzeba powiedzieć: "Już czas".
I tak mój czas nadszedł. Zdecydowałam się na roczny urlop, który współcześnie i nowocześnie jest nazywany 'sabbatical year', a dawno, dawno temu - dokładniej: w starotestamentowych czasach - był to rok szabatowy lub jubileuszowy.
Mam świadomość, że będzie to dla mnie szczególny czas, który sama sobie podarowałam. Dlatego przygotowania do niego rozpoczęłam już wcześniej: zbierałam, zapisywałam swoje potrzeby, pomysły i pragnienia. Sporo tego wyszło.
Na początek jednak po prostu się rozchorowałam. Najpierw zwolnił mój organizm. Zapakowałam się więc do łóżka, zaparzyłam herbatę z lipy i malin i... włączyłam kabarety. Nie musiałam nigdzie gnać i załatwiać jakichś spraw "na wczoraj". Nikt też ode mnie nic nie chciał "na cito". Miałam czas chorować.
Potem przyszedł czas na psyche.. Zaczęłam się zastanawiać nad wieloma różnymi możliwościami i w konsekwencji nad tym, czego tak naprawdę chcę i potrzebuję. Ten proces wciąż trwa, ale przebijam się już przez skorupę swoich powierzchownych chceń do serca, do tego, o czym myślę od dawna, a do tej pory nie miałam na to czasu. Kilka rzeczy już mi się wyklarowało. Wraz z pewnością, że to jest to, przyszła ulga i pokój. Stworzyłam nawet konkretny plan swoich działań. Teraz dodać do tego konsekwencję i systematyczność, a może się okazać, że to będzie dla mnie bardzo dobry rok.
Niedawno spotkałam znajomą, która również zastanawiała się nad takim urlopem, ale stwierdziła, że przestraszyła się nudy. Jeśli ten czas miałby polegać na siedzeniu w domu - to rzeczywiście jest się czego bać. Ale tak naprawdę jest to wspaniała okazja, by podążyć za swoimi pragnieniami, marzeniami. Kto wie, gdzie ta droga mnie zaprowadzi?

czwartek, 11 sierpnia 2011

O tym, że przyjaźń to nie to, co się mówi, ale to, co się robi

Niedawno byłam z moją córką na filmie "Kubuś i Przyjaciele". Po raz kolejny mogłam podziwiać trwałą i niezachwianą, choć często wystawianą na próby, przyjaźń bohaterów. Kolejny raz Prosiaczek musiał pokonać swój strach; (ba! poszedł nawet dalej, wykazał się kreatywnością!); Kubuś szukał ciągle miodu, Królik wyrwał sobie sporo sierści z nerwów, Sowa się wymądrzała, Kłapouchy - jak zwykle - był w depresji z powodu zgubienia ogona, a Tygrys... szkolił osła na drugiego tygrysa. Mimo różnic w charakterze i w podejściu do życia po raz kolejny udało im się porozumieć.
Ta bajka ponownie uświadomiła mi, że dobrze mieć różnych ludzi wokół siebie. A jeszcze lepiej mieć różnych (o innych zainteresowaniach, poglądach itp. ) przyjaciół. Na dłuższą metę - jak dla mnie - to męczące rozmawiać, przebywać często z kimś, kto zgadza się z nami, "też tak myśli", czy powtarza "dokładnie" po każdym naszym stwierdzeniu.
W lipcu przeżyłam trudną dla siebie sytuację, zarówno pod względem zawodowym, jak i osobistym. Kilka ładnych lat pracy nad sobą pozwoliły mi nie ulec czarnym myślom. Ale dużą rolę w takim emocjonalnym stanięciu na nogi odegrali też moi przyjaciele. Wiele godzin rozmów, spotkania, wsparcie odsunęły na dalszy plan to, co się wydarzyło. Za to pozwoliło mi bardzo wyraźnie zobaczyć i doświadczyć PRZYJAŹNI - budowanej niemal codziennie przez kilka ostatnich lat, w trakcie których nie zawsze było między nami idealnie.
Dobrze mieć przyjaciół. Nie tylko po to, by mieć do kogo zadzwonić, spotkać się na kawie, czy prosić o przysługę. Również po to, by - kiedy grunt usuwa ci się spod nóg - można było skoczyć w ich wyciągnięte ramiona.
Dziś w internecie był artykuł ze zdjęciem (odnośnie zamieszek w Londynie) dobrze ilustrujący właśnie taką sytuację (dostępny jest tutaj) - Polka wyskoczyła z okna płonącego budynku wprost w ręce przyjaciół i sąsiadów.
Dobrze mieć kogoś, kto wyciągnie do nas te ręce...



Pozdrawiam swoich Przyjaciół! Dziękuję za to, że jesteście!




czwartek, 4 sierpnia 2011

Morze, nasze morze

Co roku od początku sezonu urlopowego śledzę informacje na temat wypoczynku nad Bałtykiem. Temat zajmuje mnie o tyle, że mieszkam na Wybrzeżu i często zastanawiam się, po co ludzie tu przyjeżdżają w lipcu i sierpniu. Co roku słyszę i czytam o tym, jak na naszych plażach jest brudno, głośno, drogo i bardzo często zimno. Do tego można się zgubić w tłumie turystów. Bawią mnie tablice stojące przed różnego typu knajpami z informacją o serwowaniu "świeżego rekina". (Ciekawe, czy ktoś się na to nabiera?) Z tych powodów rzadko jeżdżę nad morze w sezonie. Jeśli już, na plaży pojawiam się pod wieczór. Idę wtedy brzegiem morza po prawie pustej plaży i słucham szumu fal zamiast: "Piwko, zimne piwko!". Taki spacer relaksuje i sprawia mi przyjemność. Według mnie, najlepszy do odpoczynku czas nad Bałtykiem to maj i wrzesień. Nie ma tłumów, jest wystarczająco ciepło, plaże jeszcze albo już uprzątnięte, a okoliczne puby, bary, budki z muszelkami znad Morza Śródziemnego pozamykane - jest więc tanio, bo nie ma gdzie wydać pieniędzy. Wiem, że nie każdy może się wyrwać na wieczorny spacer nad nasze morze. Jednak nie o samo miejsce tu chodzi. Warto jednak zastanowić się, jaki sposób odpoczynku będzie nam najlepiej służył, czego potrzebujemy (chcemy być z ludźmi, czy raczej wolelibyśmy samotność i ciszę? wolimy mieć dostęp do różnych rozrywek, atrakcji, czy wystarczy nam dobra książka i piękne widoki?). Odpoczynek to sztuka. Dobry odpoczynek dla każdego będzie oznaczał coś innego. Wynika bowiem ze świadomości swoich potrzeb, pragnień i celów. To te elementy decydują o tym, że ja odpoczywam, spacerując wieczorem po plaży, a ktoś inny woli odpocząć leżąc na kocu i opalając się. Ważne, by na formę wypoczynku zdecydować się świadomie, posłuchać, co nam mówi  nasze ciało, gdzie chce być nasze serce, czego potrzebuje nasz umysł.. Kiepskim pomysłem jest kierowanie się tutaj modą, chęciami czy zdaniem znajomych. Wypoczynek jest specjalnym czasem dla nas. Warto go dobrze wykorzystać.


Podczas jednego z tych relaksujących spacerów.

PS. Na "Wirtualnej Polsce" znalazłam artykuł na temat tego, jakie pamiątki można kupić nad Bałtykiem :) Link dostępny jest tutaj.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

O tym, co przywożę z podróży

Dwa miesiące przerwy na moim blogu. I to nie wakacyjnej. Wręcz przeciwnie. Miałam ostatnio masę pracy - mniej lub bardziej pożytecznej. Udało mi się też odwiedzić Tatry i Zakopane. Nie byłam tam od czasów studiów. Samo miasto - rozczarowało: zadeptane, hałaśliwe z McDonald'sem i innymi współczesnymi wynalazkami. Próżno szukać na Krupówkach jakiegoś folkloru, tzw. lokalnego kolorytu. Chciałam poczuć przedwojennego ducha tego miejsca. Na szczęście w kilku miejscach ma się dobrze i udało mi się tego dokonać.
Szwendając się po mieście, nie mogłam oprzeć się porównaniom do Buska Zdroju, które odwiedziłam w zeszłym roku. Urok małego prowincjonalnego miasteczka zrobił na mnie wrażenie. Nie wynikał on jednak z obecności jakichś zabytków. Raczej z rozmów z ludźmi, których spotkałam. Jak do tej pory, nigdzie indziej nie dostałam książki o Wojtku Bellonie wyciągniętej spod...butelek wódki i nie dostałam tak osobistej i sympatycznej rozmowy na temat jakiegokolwiek twórcy. Książka o nim nie jest dziełem sztuki. Zajmuje jednak na mojej półce miejsce szczególne ze względu na ludzi, których dzięki niej spotkałam.
I to jest to, co przywożę z różnych podróży - książki i rozmowy, które zostawiają we mnie jakiś ślad.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Czy można ufać emocjom?

Robiąc wiosenne porządki, trafiłam w "Zwierciadle" z marca 2009 r. na wywiad z Wojciechem Eichelbergerem, który stwierdza, że:
"Myśli i emocje ściągają na siebie światło naszej świadomości i pochłaniają jej bezcenną energię."
Te słowa bardzo mocno odnoszą się do mnie.
Uważam siebie za osobę, która przede wszystkim kieruje się emocjami w życiu. Zresztą większość kobiet, które znam, również.
Zazwyczaj również mówię to, co myślę. I już nie raz miałam z tego powodu kłopoty. Zazwyczaj moja opinia, odpowiedź była niemal natychmiastowa. Emocje, które pojawiają się w związku z jakąś sytuacją, w ogóle  nie są rozważane, analizowane. Bo nie daję sobie na to czasu. Prosta relacja: bodziec-reakcja. Dodatkowo sprawę "ułatwia" mój choleryczny temperament. Schematycznie można to przedstawić następująco (E-oznacza emocje, O-opinia, wypowiedź):
E-O
Mówiąc inaczej: ja tak myślę = ja tak czuję.
Z doświadczenia wiem, że tak reaguje większość znanych mi osób. Problem jednak w tym, że często takie wypowiedzi nie są przemyślane, a sądy,opinie tworzone adekwatnie do tego, jak się w tej chwili czujemy. W ten sposób ranimy innych lub wychodzimy na głupców. Wracając do schematu powyżej, dobrze jest wydłużyć czas między E a O tak, by podporządkować emocje refleksji (R).
E---------O
R

Według "Słownika języka polskiego" pod red. Szymczaka 'emocja' to 'przejęcie się czymś, podniecenie, wzruszenie, wzburzenie, silne przeżycie uczuciowe np. gniewu, strachu, radości'. Z definicji wynika, że chodzi o doznania nietrwałe, za to intensywne. Oznacza to więc, że szczególnie w przypadku intensywnych negatywnych doznań, dobrze jest poczekać aż ich intensywność się zmniejszy lub zaniknie, czyli aż kurz opadnie. Wtedy możemy na całą sytuację spojrzeć bez tej "zasłony dymnej".
Ale nauczyłam się również, że jeśli emocje wiążą się z czymś pozytywnym do zrobienia, jak choćby podziękowanie komuś, uściskanie go, czy pomoc - nie ma na co czekać. Trzeba wykorzystać tę "falę" i zrobić to, co chcemy. W tym przypadku rozważanie doprowadzi nas do rezygnacji, bo to wyda nam się głupie, śmieszne, nic nie warte etc..
Jak to jest więc z tymi emocjami? Ufać im czy nie? Czekam na Wasze opinie.

piątek, 8 kwietnia 2011

Czy wyrażasz czynny żal?

Na początek zagadka. Zgadnij, o kim mowa:
Może używać różnego rodzaju chwytów obezwładniających, kajdanek, siatek i paralizatorów, pałek służbowych zwykłych, wielofunkcyjnych, teleskopowych i kolczatek drogowych. Dodatkowo ma możliwość stosowania "pocisków niepenetracyjnych miotanych z broni palnej" oraz "środków powodujących łzawienie i ogłuszenie".
Jeśli myślisz, że to antyterrorysta - jesteś w błędzie. To kontroler skarbowy! (na podstawie artykułu w "GW") Oczywiście takie formy egzekwowania nie dotyczą uczciwych podatników. Jednak w praktyce często przeciętny Kowalski jest posądzany o łamanie prawa. Wystarczy, że nie złoży zeznania podatkowego w terminie lub pomyli się o 1 zł. Właściwie więc działania siłowe urzędników mogą dotknąć każdego z nas.
Piszę o tym, ponieważ kwiecień to czas najintensywniejszego rozliczania się z fiskusem. Dla mnie również. Do tej pory nie miałam większych problemów; wszystko szło gładko i przyjemnie. W tym roku jednak chciałam złożyć w imieniu członka rodziny przebywającego za granicą PIT. Zaopatrzona w stosowne dokumenty, pełnomocnictwo, pełna dobrych chęci stawiłam się w urzędzie, żeby ewentualnie wszystko wyjaśnić osobiście. Skracając całą historię, nie udało mi się złożyć deklaracji. Skończyło się na tym, że trzecia z kolei urzędniczka (zresztą bardzo miła i pomocna) powiedziała, żeby podatnik osobiście podpisał zeznanie i - ponieważ jest za granicą i może nie zdążyć do końca kwietnia - wyraził pisemnie swój tzw. czynny żal z powodu nieterminowego złożenia rozliczenia. Resztką sił zapytałam za co ta osoba ma wyrażać żal, skoro zrobiła wszystko, co mogła (napisała pełnomocnictwo, przekazała mi wszystkie potrzebne dokumenty, upewniła się w urzędzie o prawidłowości swoich działań), by rozliczyć się uczciwie i o czasie. Ale takie argumenty nie mają znaczenia. Wyszło na to, że nawet jak nie ma za co, to i tak trzeba żałować. Bo Urząd żałować na pewno niczego i nikogo nie będzie. Ot, klasyczna polska walka z biurokracją, w której zwycięzca jest tylko jeden.
Ponieważ pamiętałam o przytoczonych powyżej uprawnieniach skarbówki odnośnie siłowych rozwiązań, odpędzając od siebie wizję wyprowadzenia w kajdankach (w dodatku nieprzytomnej po użyciu paralizatora tudzież pałki teleskopowej), zgodziłam się na taki sposób załatwienia sprawy. I rzeczywiście poczułam żal - że Państwo traktuje swoich obywateli jak potencjalnych oszustów i złodziei. I tak miałam szczęście, że trafiłam na miłą panią urzędniczkę, która nieco wtajemniczyła mnie w pokrętne procedury i przepisy skarbowe.
Ale żeby dopełnić formalności: w tym miejscu wyrażam swój żal na piśmie i mam nadzieję, że jest wystarczająco czynny.

środa, 6 kwietnia 2011

O pożytkach z kaligrafii

Kilka dni temu miałam okazję zafunkcjonować w dwóch rolach - jako organizator i uczestnik warsztatów kaligrafii średniowiecznej (dokładniej: romańskiej uncjały).
Będąc osobą od jedzenia, picia, sprzątania i dbania o wygodę biorących udział i prowadzącej, byłam zaskoczona tym, że wszystko szło jak po maśle: pojawiające się problemy były na bieżąco rozwiązywane, z kimkolwiek nie rozmawiałam - bez trudności udawało się załatwić to, co trzeba. Ciekawe, że taki obrót spraw budził we mnie podejrzenie o to, że o czymś zapomniałam, czegoś nie dopatrzyłam. Odetchnęłam dopiero, kiedy okazało się, że obiad możemy zjeść tylko za pomocą... małych plastikowych łyżeczek.
Jako uczestnik przekonałam się o kilku rzeczach:
  1. że pisanie jest sztuką (zwłaszcza ładne) oraz że każda litera ma swój charakterek ("S" okazało się najbardziej wredne);
  2. że podczas kaligrafowania wychodzą na wierzch różne nasze narowy, tj. brak cierpliwości (bo w pracy często załatwiamy rzeczy na wczoraj), brak koncentracji, a także skłonność do kantów (moja literka "h" długo nie chciała być zaokrąglona) oraz zdobień, zawijasów;
  3. że przyjemniej jest pisać stalówką i tuszem niż długopisem;
  4. że wiele lat temu odejście od ćwiczeń kaligraficznych w szkołach było błędem.
 Przyjemnie było poczuć się znów jak mała dziewczynka, która dopiero uczy się pisać, poświęcając każdej literze całą swoją uwagę. To było doświadczenie bycia "tu i teraz". To także poczucie bycia na początku czegoś, możliwość opisania wszystkiego na nowo, w nowy sposób. Bardzo cenne i odświeżające przeżycie.

Uczestniczki podczas swojej pracy.