wtorek, 28 lutego 2012

Jak rozmawiać?

 Na przestrzeni ostatnich kilku tygodni wiele razy doświadczyłam mniejszych i większych konfliktów, których podłożem był - według mnie - brak lub niedostatek dobrej komunikacji. To było bardzo frustrujące. W głowie zostawała mi myśl: "Czy to naprawdę tak trudno zadzwonić, wyjaśnić, dopytać, przeprosić?". Staram się najpierw wymagać od siebie, dopiero potem od innych, więc gdy sama dopytywałam, wyjaśniałam, doprecyzowałam itp., często spotykałam się z niechęcią, wycofaniem, a bywało, że i z agresją. Moi rozmówcy zarzucali mi łapanie za słówka i... tracili cierpliwość do dalszej konwersacji. Z drugiej strony - mam szczęście być żoną mężczyzny, który wiele razy zwracał nasze rozmowy na właściwe tory, pytając: "Co właściwie chcesz przez to powiedzieć?". Zdarzyło się już, że... sama nie wiedziałam. Analizując te sytuacje, widzę kilka głównych powodów zaburzeń w komunikacji:
  • brak wystarczających umiejętności komunikacyjnych którejś ze stron;
  • wybranie nieodpowiedniego czasu, miejsca i okoliczności (np. podjęcie rozmowy, kiedy ktoś się spieszy);
  • chęć nawiązania kontaktu poprzez rozmowę "o niczym" (treść nie jest tu priorytetem; podobno to domena kobiet :);
  • różne potrzeby, które chcą zrealizować rozmówcy (np. jedna strona chce tylko przekazać krótką informację, druga chce poprzez rozmowę budować relację);
  • język niedopasowany do rozmówcy (co z tego, że będę używać słowa 'interlokutor', jak mój rozmówca go nie zna?).
 Chciałam jeszcze dopisać 'brak wiedzy dotyczący tematu rozmowy', ale z mojego doświadczenia wynika, że nie musi to być przeszkoda w rozmowie. Zupełnie nie znam się na silnikach samochodowych, ale wcale nie przeszkadza mi to aktywnie uczestniczyć w rozmowie, dopytując o wszystko. Przypomniało mi też, jak moja córka stwierdziła ostatnio, że chce się nauczyć, jakie szkoły obejmują jakie rejony w naszym mieście, żeby móc brać żywy udział w dyskusjach z koleżankami. Moim zdaniem, to niepotrzebna strata energii, bo - tak, jak już wspomniałam - może uczestniczyć w rozmowach i bez tego. Nie wiem, czy ją przekonałam...
Chciałabym, żeby wszyscy moi rozmówcy mieli ochotę dobrze, efektywnie i w przyjemny sposób się komunikować. Nierealne? Byś może. Ja jednak na szczęście doświadczyłam tego i wiem, że przy odrobinie wysiłku, kontakt z drugą osobą może być bardzo satysfakcjonujący i dać dużo radości.

wtorek, 24 stycznia 2012

Od 'wiem' do 'robię'

Wiadomo, że:

  1. Warzywa są zdrowe.
  2. Ruch, zwłaszcza na świeżym powietrzu - również.
  3. W życiu warto być asertywnym.
  4. Powinniśmy dbać o swój rozwój duchowy, intelektualny i każdy inny.
  5. ?
Takich stwierdzeń mogłabym wymienić jeszcze wiele. Chodzi o to, że w większości wypadków wiemy, co dla nas jest dobre, pożyteczne lub konieczne, aby wieść satysfakcjonujące życie. Jednak od wiedzy, że np. codzienna gimnastyka przyczynia się do znacznej poprawy naszego zdrowia, do wykonywania ćwiczeń chociażby przez 10 minut dziennie - daleka droga. Problem leży - według mnie - w motywacji oraz w organizacji czasu.
Ile razy mówimy: "Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce..."? Ja należę do osób, które są nocnymi markami, więc nie lubię wstawać rano. W ogóle lubię spać. To bardzo obniża moją motywację, żeby wstać wcześnie. Wiem też, że jeśli pozwolę sobie pospać dłużej, to potem będę musiała "nadrobić", co skutkuje zazwyczaj nerwową atmosferą rano i pośpiechem. A dzieci trzeba odwieźć do szkoły, zrobić śniadanie itd.
Niedawno mój trener kung fu powiedział ciekawą rzecz o tym, jak już 30 lat motywuje się do treningów. Po prostu wstaje, bierze torbę z ubraniem treningowym i wychodzi. Zauważyłam, że u mnie sprawdza się coś podobnego. Im dłużej zastanawiam się, czy coś zrobić, tym mam większe wątpliwości i tym większe ogarnia mnie zniechęcenie. Natomiast kiedy coś zaplanuję, nastawiam budzik, wstaję i działam. Przykład: dojeżdżałam na studia do Gdańska pociągiem osobowym, który wyjeżdżał o 4.50 i tłukłam się 3 godziny w jedną stronę, żeby dotrzeć na miejsce. Najpóźniej musiałam wstać o 4.15. Kiedy robiłam to automatycznie (dzwoni budzik - wstaję - jadę), zanim się spostrzegłam (chyba lepiej w moim przypadku powiedzieć 'obudziłam') byłam już w Wejherowie. Ilekroć zaczynałam się zastanawiać, czy warto tyle godzin, że chyba źle się czuję - nie ruszyłam się z domu.
Takie sytuacje uświadamiają mi, że tak naprawdę wszystko odbywa się w głowie. To jest nasze centrum dowodzenia.
Druga sprawa, która często przyczynia się do naszych sukcesów lub problemów w codziennym życiu, to organizacja czasu. Przyszło mi kiedyś do głowy, że czas jest bardzo sprawiedliwy: wszyscy mamy do dyspozycji tyle samo - dobę. Klucz - to właściwe zaplanowanie różnych czynności, zadań. Potem zostaje już tylko kwestia wykonania planu. Ze zdziwieniem słucham stwierdzeń, jak to ktoś "nie ma czasu". Tak, jak powiedziałam na początku: wszyscy mamy go tyle samo. Uczciwiej jest powiedzieć: "Źle zaplanowała(e)m zajęcia" albo "Chcę poświęcić więcej czasu mojej mamie, dlatego nie możemy się spotkać". To zmienia postać rzeczy, prawda? Czas staje się często takim chłopcem do bicia. Zrzucamy na niego odpowiedzialność za nasze zaniedbania, niepowodzenia ("Zabrakło mi czasu").  Dlatego uważam, że sformułowanie 'zarządzanie sobą w czasie' jest bardziej precyzyjne i lepiej oddaje sprawę niż np. 'zarządzanie czasem'.
Ciekawa jestem, jak Wy się motywujecie do różnych zadań.


Warto w ciągu dnia zaplanować czas na dobrą herbatę.






wtorek, 29 listopada 2011

Syndrom wzorowego ucznia

Pamiętacie jeszcze plakietki "wzorowy uczeń"? Dostawało się je w szkole podstawowej za wzorowe zachowanie i dobre/bardzo dobre wyniki w nauce. Czyli za stan "nie ma się do czego przyczepić". Byłam dumną posiadaczką tej odznaki. To był swego rodzaju sukces. Potem plakietki wyszły z obiegu, ja przestałam być wzorową uczennicą, choć cały czas utrzymywałam poziom "nie ma się do czego przyczepić".
Z moich obserwacji i doświadczenia wynika, że nasz system edukacji promuje wzorowość rozumianą jako pilność, grzeczność i posłuszeństwo. Taka postawa była też utrwalana przez nasz poprzedni ustrój i pewnie długo jeszcze w naszym kraju będzie się cieszyła powodzeniem. Kilka lat temu czytałam artykuł nt. wychowania dzieci w Polsce i na Zachodzie oraz w Stanach. Zwróciłam uwagę na wyniki badań, które wykazały, że podstawowe pytanie polskich rodziców odbierających dzieci z przedszkola czy szkoły dotyczy tego, czy były grzeczne i czy wszystko zjadły. Rodzice w USA pytają swoje pociechy o to, czy dobrze się bawiły. Tak, u nas nauczyciele i rodzice cenią sobie przede wszystkim grzeczne dzieci... Któregoś dnia, po powrocie ze szkoły moja córka, ciężko wzdychając, powiedziała, że gdyby pani od przyrody chciała rozmawiać, to ona zapytałaby ją o... (i tu posypały się pytania, które nurtują moje dziecko, a na które nie uzyskała odpowiedzi). Ta mała już wie, że lepiej nie pytać, żeby nie denerwować nauczycielki. Trening już się zaczął...
Takie podejście przejawia się potem również w środowisku pracy. Wokół pełno jest osób, które można określić jako 'bmw' - bierny, mierny, ale wierny. Ba, takie osoby są cenione, bo są określone jako "niekonfliktowe". (Tak na marginesie: trzeba odróżnić konfliktowość od pieniactwa; ale to temat na odrębny post:.)
W czasie, kiedy potrzebujemy innowacyjnych ludzi, taka postawa jest nagminna, co kiepsko wróży postępowi. Ale jest za to bardzo mocno utrwalona. Oczywiście, są tez osoby bardzo twórcze, przedsiębiorcze i odważne, ale chyba nie będzie zbytnim uogólnieniem stwierdzenie, że to nie są GRZECZNI (w znaczeniu: posłuszni)  ludzie. Zapewne chęć odreagowania dziesięcioleci takiego treningu była m.in. przyczyną sukcesu książek z cyklu "Grzeczne dziewczynki nie awansują".
Niedawno uświadomiłam sobie, że choć formalną edukację zakończyłam już dawno, to wciąż w swoich własnych oczach chcę zasługiwać na tytuł wzorowej uczennicy. Próbuję być bardzo dobrą matką, żoną, pracownicą, trenerem itd. I jeszcze zachowywać równowagę między różnymi dziedzinami życia. To wielki wysiłek. Patrząc wstecz, widzę, jak wiele energii mnie to kosztuje. Być może to skłonność do perfekcjonizmu nie pozwala mi odpuścić, pobyć od czasu do czasu "gorszą". Uczę się akceptacji tego, że czasem coś mi nie wyjdzie, że nie wszystko jestem w stanie zrobić perfekt. Od wielu lat "zmagam się" z pieczeniem ciast. Z najprostszego przepisu potrafię zrobić totalną klapę. Po którejś kolejnej nieudanej próbie (ciasto drożdżowe rosło mi już w trzech garnkach w piekarniku - chyba dałam za dużo drożdży) moje dzieci stwierdziły, że kiedyś napiszą książkę o moich wypiekach. Zakalce, ciasta z serkiem topionym zdecydowanie nie mieszczą się w moim obrazie wzorowej gospodyni domowej... I to jest dla mnie czas, aby to zaakceptować.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Małżeńska przysięga

"Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci"
Te słowa wypowiedziało już miliony ludzi na świecie. Ale - jak dowodzą rosnące statystyki rozwodowe - niewielu udaje się dotrzymać tej przysięgi. Na początku zapewne wszyscy wierzą, że właśnie takie będzie ich małżeńskie życie - wypełnione miłością, wiernością i prawdą. Często jednak okazuje się, że w gruncie rzeczy te wspaniałe cnoty są oczekiwaniami w stosunku do drugiej strony, których w dodatku nie ma ochoty spełnić.
Od wielu lat pracuję z parami, ludźmi, którzy przygotowują się do ślubu. I -choć w ciągu ostatnich liku lat widzę zmiany na lepsze - wiele osób nie zdaje sobie sprawy, co dla nich oznaczają słowa przysięgi. Mają jedynie mgliste pojęcie, które można streścić w zdaniu: "A potem żyli długo i szczęśliwie". Konkretów, pomysłów na to szczęście brak. Nie dotyczy to, niestety, młodych ludzi. Wtedy mogłabym uznać, że to wynik niedojrzałości. Często jednak taka sytuacja ma miejsce w przypadku osób, które są ze sobą długo, mają dzieci. Za każdym razem zdumiewa mnie beztroska i pochopność w składaniu takich wiążących deklaracji. I to nawet nie jest kwestia dojrzałości. Raczej bezmyślności. Takie osoby często tłumaczą się brakiem czasu; nie mają możliwości zatrzymać się i pomyśleć o swojej przyszłości, oczekiwaniach. "Wie Pani, jak to jest: praca-dom, praca-dom. Na nic innego nie mam już siły" - słyszę. Nie; nie wiem, jak to jest. Kiedy mam podjąć jakąś ważną, życiową decyzję, biorę kartkę, długopis i rozważam wszystkie "za" i "przeciw". W trudnych, kryzysowych momentach mogę wrócić do tych zapisków. Nawet, jak się okazuje, że podjęłam błędną decyzję, to przekonuję się, że była ona mądra (bo przemyślana) na miarę tamtego czasu i mojego poznania. Wiem, ze warto poświęcić czas na to.
Obecnie za mocno - moim zdaniem - promuje się podejście "idź za głosem serca". Takie impulsy są potrzebne i ważne. Ale największe znaczenia mają na początku, żeby coś zacząć, ruszyć siedzenie z miejsca. Niestety, nie na długo to wystarcza. Potem jest pole dla naszej racjonalności, planowania i decydowania. Te impulsy, to nasze emocje. One też są potrzebne i dobre, dodają kolorów naszym doświadczeniom. Ale wystarczająco wiele razy przekonałam się, że są "zasłoną dymną". Mądrym zachowaniem jest poczekać aż kurz opadnie. Wtedy możemy zobaczyć rzeczy wyraźniej i podjąć lepsze decyzje. Ma to ogromne znaczenie w przypadku decyzji o małżeństwie, szczególnie, że często oznacza to w konsekwencji dzieci i kredyt(y). Podejście "bo my się kochamy", to jedynie dobry początek do budowania poważniejszej relacji. Ale to za mało, by wytrwać razem wiele lat i tworzyć satysfakcjonujący związek.
Dobrze mieć świadomość, co dla mnie osobiście kryje się pod słowami przysięgi małżeńskiej. Czy tak samo rozumiemy wierność, uczciwość małżeńską? Własne przemyślenia mogą być początkiem ciekawej dyskusji.
Może słowa ślubowania, które znalazłam w książce J. Santorskiego "Ludzie przeciwko ludziom", lepiej oddają istotę małżeńskiej relacji?
"Biorę cię za męża (żonę), abyś mnie zadowalał(a), ale i frustrowała; byś wyczuwał(a) mnie i rozumiał(a), ale i nie dostrzegał(a) moich uczuć i punktu widzenia; byś cieszył(a) się, że jestem tym, kim jestem i nie narzucał(a) mi co mam robić, a czego nie; byś szanował(a) mnie i drwił(a) ze mnie [no, w każdym razie nie przy ludziach]; byś był(a) wobec mnie pobłażliwy(a), ale i wymagający(a), czasem egoistyczny(a), czasem nadmiernie troskliwy(a); byś był(a) nieustępliwy(a) i sprawiedliwy(a), dumny(a) i pokorny(a). Każde dobre doświadczenie, ale i nieporozumienie, i trudności będę traktować jako lekcję, którą mi zadajesz, abym się rozwijał(a) i będę ci za nią dziękować.A najpilniejszym(ą) uczniem (uczennicą) będę na lekcjach czułości, miłości i radości wspólnego życia"

środa, 26 października 2011

Bezrobotni moimi oczami

Po raz kolejny czytam w gazecie o dotacjach przyznawanym osobom bezrobotnym na własną firmę do 40.000 zł i comiesięcznym wspomaganiu w wysokości 1000 zł przez pierwsze pół roku i 500 zł przez kolejne pół. Zastanawiam się, jak to się ma do rozwoju przedsiębiorczości. Przecież takie osoby nic nie muszą robić. Wystarczy, że nie robiły nic (oprócz zarejestrowania się w urzędzie) do tej pory ws. pracy. Wiem, że są wyjątki. Sama znam osoby, dla których zwolnienie z pracy stało się osobistym dramatem. Ale myślę, że stanowią one margines wśród bezrobotnych. Takie osoby często są też naprawdę zaangażowane w szukanie nowej. Jednak to nie zmienia, moim zdaniem, ogólnej tendencji. Mam doświadczenie w szkoleniu osób bezrobotnych, dla których tzw. 'pobudzanie chęci do rozwoju i przedsiębiorczości' jest tylko niepotrzebnym wymysłem urzędników. Ci ludzie w większości męczą się na różnych szkoleniach i uważają to za stratę czasu. Ze wzgardą mówią o niskich zasiłkach, za to mają olbrzymie problemy ze znalezieniem właściwej pracy, najlepiej niezbyt obciążającej, z wysokim wynagrodzeniem, blisko domu, w godzinach, kiedy dzieci są w szkole itp., itd. Mnożąc wymagania wobec odpowiedniego dla siebie zajęcia, często udowadniają, że tej pracy... nie ma. Decydują się często na założenie dofinansowanej własnej działalności gospodarczej (kolejny salon fryzjerski, kosmetyczny, sklep z odzieżą lub kwiaciarnia), bo „grzech nie wziąć takich pieniędzy” i starają się przetrwać określony czas. Po czym likwidują działalność. I tak za każdym razem publiczne, czyli nasze, pieniądze lądują w błocie. Nieudolność obecnego systemu walki z bezrobociem potwierdza m.in. ten artykuł
Według mnie, dawanie pieniędzy nie wspiera przedsiębiorczości. Umacnia jedynie wyuczoną (często też dziedziczną) bezradność. Rozmawiałam z wieloma osobami, które mieszkają lub mają zamiar wyjechać za granicę, bo tam są wysokie zasiłki.
Zapewne jest to kwestia mentalności, ale też rzetelnego i gruntownego przeanalizowania potrzeb i motywacji osób bezrobotnych przez ludzi zajmujących się tą problematyką. Praca nad tymi aspektami mogłaby rzeczywiście przynieść trwałe rezultaty. Bez tego wszelkie dotacje, zasiłki będą wspierać w większości przypadków cwaniactwo i bierność.

niedziela, 25 września 2011

Z życia pewnego pająka

Pod koniec wakacji na jednym z moich okien rozciągnął swoją sieć pająk. Zazwyczaj usuwam takich dzikich lokatorów, ale ten mnie zainteresował. Początkowo jego sieć była bardzo rzadka z wyraźnymi, pojedynczymi nitkami. Mimo że w kolejne dni grzmiało, wiało i padało, pająk pozostał na swoim miejscu. Wzmocnił tylko swą sieć i rozbudował ją. Zaczęło przybywać na niej małych muszek, które okazały się na tyle nieostrożne, żeby podlecieć za blisko. Po dwóch miesiącach było już jasne, że mój gość nieźle się urządził i wiedzie całkiem satysfakcjonujące życie: urósł, poszerzył zakres swojego wpływu, a nawet rozmnożył się! Potrafił przetrwać trudne chwile. Nie przeszkodziły mu w rozwoju warunki zewnętrzne. Moją początkową niechęć zastąpił podziw dla tego małego stworzonka, a konkretniej - dla tego, jak sobie radziło z trudnościami. Ten mały pająk pokazał mi kawałek życiowej mądrości. Uświadomił mi, że jeśli wiem, gdzie jest moje miejsce i mam świadomość celów, do jakich dążę, buduje to moją siłę i pozwala oprzeć się przeciwnościom. Po raz kolejny zobaczyłam, że szczęście, satysfakcja nie zależy od okoliczności, na które często nie mamy wpływu. I jednocześnie, że nie należy "zwijać żagli" przy pierwszych kłopotach.