czwartek, 7 marca 2013

Tylko dla kobiet - pierwsze zmarszczki

Dzisiaj rano podczas porannej toalety zobaczyłam po raz pierwszy wyraźne zmarszczki w kącikach oczu. Sprawdzałam dwa razy. Poczułam się DOJRZAŁĄ kobietą. Te kilka kresek na twarzy odczułam jako pierwszy stopień wtajemniczenia La Que Sabe - Tej Która Wie. To znak mojego doświadczenia i - mam nadzieję - coraz większej mądrości, a także pogodzenia się ze sobą, zrozumienia samej siebie. Nie załamały mnie; nie mam zamiaru ich ukrywać. To dla mnie owoc dojrzałości, który jest wynikiem samoświadomości.
Dobrze się złożyło z tym Dniem Kobiet...

piątek, 22 lutego 2013

Najważniejsze to... mieć święty spokój?

Temat "świętego spokoju" wraca do mnie coraz częściej, jakby dopominał się o swoje... Mam wrażenie, że to cel życiowy coraz większej liczby osób.
W pracy unikamy konfliktów w imię "świętego spokoju", dla niego rezygnujemy z asertywności, ulegamy dzieciom, godzimy się na 'mniej' lub 'gorzej'. Bożek naszych czasów...
Kiedy już zrobimy wiele, aby go zadowolić, co dostajemy w zamian? Gdy już zgodzimy się na byle co, ulegniemy, czy osiągamy nasz cel?
Okazuje się, że nasze bóstwo jest nienasycone. I kiedy już wydaje się, że zadowoliliśmy wszystkich oprócz siebie, przychodzi kolejny dzień, nowe sytuacje, choć często ci sami ludzie wokół, i domagają się od nas kolejnej ofiary. A my po raz kolejny liczymy, że tym razem się uda. Ale Święty Spokój nadal jest nienasycony...
Przyznam, że nie potrafię tego zjawiska zdefiniować. Nie zależy mi na nim i nie poświęcam się dla niego, chociaż lubię od czasu do czasu pobyć sama. Lubię, gdy wokół dużo się dzieje i cieszę się ze swojej asertywności. Nie karmię tego bóstwa. Jednak dostrzegam dążenie do niego wielu osób wokół mnie.
Nie rozumiem tylko, dlaczego ma on być "święty"...

sobota, 12 stycznia 2013

Dla zestresowanych

Rozmawiamy o nim bardzo często, jeśli nawet nie wprost, to przewija się między wierszami. Żyjemy szybko i lubimy to, co instant. 
Temat pojawia się w moich rozmowach z różnymi ludźmi na tyle często, że postanowiłam napisać kilka słów o tym zjawisku. 
Jakiś czas temu przeżywałam bardzo trudny czas w moim życiu zawodowym. Stres był ewidentny. Ale uświadomiłam sobie na jaką skalę, kiedy poczułam się tak, jakbym przechodziła zawał serca. Do tego bezsenność, gonitwa myśli itp. Ponieważ nie lubię siedzieć z założonymi rękami i czekać aż coś się zmieni, zdecydowałam, że zrobię porządek ze swoim zdrowiem. Popytałam, poczytałam, pomyślałam i podjęłam decyzję o długim urlopie, podczas którego zajmę się sobą. Podjęłam więc naukę na studiach podyplomowych, gdzie poznałam interesujących ludzi, zaczęłam trenować kung fu i tai chi, zajmowałam się domem i dziećmi. Dogrzebałam się do swoich pragnień i potrzeb. I... się uspokoiłam wewnętrznie. Świat znów nabrał barw; przypomniałam sobie, że mieszkam w pięknym miejscu, gdzie jest mi dobrze. 
Niedawno znalazłam swoją notatkę nt. form radzenia sobie ze stresem. W dużym skrócie: według Klausa i Bailey'a, żeby go zmniejszyć, warto zadbać o 3 podstawowe aspekty:

  • trening fizyczny,
  • trening pedagogiczny,
  • trening psychologiczny.
Intuicyjnie zastosowałam ww. formy i mogę powiedzieć, że zadziałało. Warto je praktykować na bieżąco, bo wtedy mamy szanse uniknąć poważnych zdrowotnych skutków.


Osoby zainteresowane tematem odsyłam też do artykułu tutaj

czwartek, 13 grudnia 2012

Przedświątecznie - o dawaniu i przyjmowaniu

W powietrzu aż iskrzy od pytań typu "Co mam jej/mu kupić pod choinkę?!". Próbujemy odgadnąć pragnienia bliskich i zmieścić to jednocześnie w naszych granicach finansowych. Przyjmujemy różne strategie: 

  1. pytamy wprost o to, jakich prezentów nasi krewni oczekują; 
  2. intensywnie dedukujemy, wykonując karkołomne operacje myślowe ("W zeszłym roku ucieszyła się z odkurzacza, to może w tym roku kupię jakieś ekstra bezpyłowe, bezkurzowe worki?"); 
  3. kupujemy to, co zwykle (np. żelazny zestaw dla panów: skarpetki, dezodorant, koszulę i krawat);
  4. robimy listę rzeczy, które chcielibyśmy dostać (gdzie nr "1" oznacza najwyższy priorytet);
  5. umawiamy się na jakąś kwotę, za którą każdy kupuje sobie coś, co chce.
Taaak,  obdarowywanie się to bardzo sympatyczny zwyczaj... Ale męczący może być bardzo.

Z moich obserwacji wynika, że najtrudniej kupić coś sensownego dzieciom. Wydaje się, że zabawek, słodyczy i innych atrakcji jest mnóstwo. Ale problem nie leży w braku wyboru. Coraz częściej słyszę od znajomych, którzy są ciociami, wujkami itp., że wybór prezentu dla jakiegoś ukochanego szkraba jest dla nich bardzo frustrujący. Dlaczego? "Bo on/ona już wszystko ma!" Rodzice, dziadkowie dwoją się i troją, aby spełniać, nawet bez okazji, wszystkie zachcianki ukochanych latorośli. 
Można powiedzieć, że zaczynamy cierpieć z powodu nadmiaru. Mało znam dzieci, które bardzo pragną przez dłuższy czas jakiejś rzeczy. Nie jest im dane zaznać tego, jak to jest, kiedy czegoś bardzo się pragnie, bo wystarczy powiedzieć o tym babci, czy dziadkowi, a wydadzą ostatni grosz, żeby zaspokoić kolejną zachciankę, żeby dziecku niczego nie brakowało. Dobra, które otaczają kogoś takiego, nie kosztują wiele wysiłku, ale też są niewiele warte.
Wbrew tezie, że rozwój bierze się z dostatku, sądzę, że jest inaczej: rozwój bierze się z niedostatku, braku. Taki stan generuje nasze pragnienia, stymuluje marzenia i często motywuje.
Czy to znaczy, że najlepiej nie kupować żadnych prezentów? Zdecydowanie nie o to chodzi. To, co napisałam wyżej, prowadzi mnie do wniosku, że najlepszą strategią jest wsłuchać się w to, czego pragną bliscy nam ludzie, oddzielić ziarno od plew, czyli zachcianki od marzeń i potrzeb i dopiero tak przygotowanym wybrać się na "prezentowe" zakupy. Może czasem wystarczy wypisać i ozdobić karnecik na specjalny czas z mamą i tatą lub kimś bliskim do wykorzystania?
Jeśli mimo takiego podejścia, wręczymy lub dostaniemy coś nietrafionego, to potraktujmy to jako zadanie ze sfery rozwoju osobistego: uśmiechnijmy się szeroko i z serca podziękujmy za ten dowód pamięci i troski. Bo cokolwiek otrzymujemy, jest to dar. A każdy dar to zachęta do radości ze wspólnego przebywania i pamiętania o sobie, niezależnie jaką przyjmuje formę.


Zamiast komentarza: filmik

poniedziałek, 5 listopada 2012

W służbie Jaśnie Pani Oświaty

Wreszcie to powiem: Król jest nagi! Z utrwalonymi mądrościami ludowymi w stylu: "zły to ptak, co własne gniazdo kala", nie przychodzi mi to łatwo w odniesieniu do środowiska, w którym pracuję ponad 10 lat. Tak, jestem nauczycielką. Pracując w oświacie, poznałam wiele interesujących, mądrych osób; sporo się też nauczyłam. Jednak coraz bardziej wzbiera we mnie złość, poczucie bezsilności i marnowania potencjału ludzkiego (zarówno wśród nauczycieli, jak i wśród uczniów) na rzecz coraz większej biurokracji (rządzą procedury), zrzucania wszystkiego, co się da na belfrów pod hasłem: "i tak macie za dobrze...", umywanie rąk różnej maści "kierowników" od odpowiedzialności, niechęci do działania wśród grona pedagogicznego ("bo tak trudno teraz o pracę")... Ok, na razie wystarczy. Bo znowu się nakręcam. 
Mam dość przepraszania wszystkich, że jestem nauczycielką...
Zdarza mi się nie przyznawać do swojego zawodu, żeby uniknąć lawiny żalów, niechęci i narzekania. Zastanawiam się wtedy, dlaczego tak się dzieje. Z jednej strony może to być zazdrość o przywileje, których inne grupy zawodowe nie mają, a z drugiej - fakt, że wiele osób w trakcie swojej edukacji, zostało skrzywdzonych przez osoby rzekomo mądrzejsze, lepiej wykształcone. A potem odbijają sobie na innych. Smutne, kiedy słucham opowieści o ludziach, którzy pracują z dziećmi, a którzy się do tego nie nadają. Trwają dzielnie w obronie "słusznych" wartości, bo chroni ich Karta Nauczyciela... Dyrektor, nawet jak jest zasypywany skargami od uczniów, rodziców, innych nauczycieli (choć to się rzadko zdarza), niewiele może zrobić. Ale i dyrektorzy są różni. 
I w takim oto bagienku wychowujemy naszą młodzież...
Gorzkie to słowa, wiem. Jednak wierzę, że prawda może nas wyzwolić. Marzę, by o tym, co chore i zgniłe w oświacie mówić głośno. Ale o tym, co dobre i wartościowe - również, bez obawy o martwą ciszę, kiedy się wchodzi do pokoju nauczycielskiego.
Do napisania tego postu zmobilizowała mnie książka L. Bojarskiej "Belfer na huśtawce. O autorytecie nauczyciela". Napisana dosadnym językiem, jest jak walnięcie pięścią w stół. Czytając ją, czułam, jak lepiej mi się oddycha. W końcu ktoś bez ceregieli wyraził to, co sama widzę (z małymi wyjątkami). Jakby ktoś otworzył okno w pokoju, w którym czuć stęchlizną i dawno nie było wietrzone - okno w pokoju nauczycielskim.

środa, 17 października 2012

Czy nasze słowa świadczą o nas?

Chwilowo straciłam głos. Na szczęście ręce mam sprawne.:) Po intensywnym zawodowo czasie znów odczuwam potrzebę pisania i wracam do swojej wirtualnej przestrzeni tkanej słowami. I dziś post o słowach właśnie. 
Język, jakim się ktoś posługuje, świadczy o nim samym. Sprawa wydaje się prosta i dotyczy tzw. kultury języka. Jednak występując publicznie i chcąc dotrzeć do słuchaczy, powinniśmy go dostosować do odbiorcy. Również jeśli chcemy sprowokować słowami do reakcji (wywołać emocje, określone nastawienie), dobrze, by odpowiednio dobrać słowa, nawet jeśli stoją w opozycji do ogólnie przyjętych norm. 
W swojej trenerskiej praktyce nie raz się przekonałam, że tzw. "gładkie słówka" sprawiają, że jest miło, jednak nie mają w sobie dość mocy, by pobudzić zmęczonych uczestników. Kluczowa jest tutaj grupa odbiorców: inaczej będziemy mówić do dzieci, inaczej do robotników, a jeszcze inaczej do doktorantów.
Wobec tego mogę sformułować tezę, że język nie zawsze świadczy o jego użytkowniku. 
Niedawno w jednej ze starych książek jeszcze z czasów studenckich, która szczęśliwie ocalała z kilku przeprowadzek, znalazłam kartkę z wypisanymi rzadko używanymi słowami, archaizmami. Zdarza mi się ich używać, chociaż za każdym razem spotykam się z pytaniami o znaczenie. Oto niektóre z nich:

  • aniżeli, atoli - lecz, mimo to;
  • autożyro - helikopter, śmigłowiec;
  • balotaż - głosowanie, zwykle tajne;
  • bifurkacja - rozszczepienie, rozdzielenie na 2 części;
  • chędożyć - przest. czyścić, porządkować;
  • diasek - diabeł
  • zbiesić się - (moje ulubione) - pogorszyć zachowanie
Czy ww. słowa jakoś o mnie świadczą?

wtorek, 21 sierpnia 2012

Minął rok - podsumowanie

Czas się dopełnia... Mój gap year dobiega końca. Przeglądam notatki dotyczące moich planów. Z perspektywy czasu widzę, że decyzja o rocznym urlopie była jedną z moich lepszych inwestycji w życiu. W ciągu tego okresu podreperowałam swoje zdrowie, siłę emocjonalną i duchową. Miałam czas na ciekawe spotkania i dla siebie. Uświadomiłam sobie wyraźnie, że w tym momencie jestem tu, gdzie chcę i że jest mi dobrze. Popracowałam fizycznie przy remoncie i doświadczyłam, że tynkowanie, malowanie mnie relaksuje. Nieco "umeblowałam" głowę, w której zrodziło mi się też kilka pomysłów. Wiem już czego potrzebuję, a czego i kogo powinnam się wystrzegać. Zdałam sobie sprawę, że często dostrzegam tylko jakiś kawałek rzeczywistości - jeden element puzzli, że potrzebuję innych, by dobrze funkcjonować. Tak..., to był dobry czas...
Z zainteresowaniem czekam już na to, co przyniesie kolejny rok. A zapowiada się ciekawie. Na początek rusza moja nowa firmowa strona internetowa. Oficjalna premiera na dniach.:)