wtorek, 10 lipca 2012

Co kawa w sobie ma?

Miło zacząć dzień od filiżanki kawy. Do tego jeszcze gazeta... Ktoś miał świetne wyczucie - w "Gazecie Wyborczej" z 09. lipca znalazł się artykuł zatytułowany po prostu "Kawa". 
I co się okazało? 
  1. "Do kawiarni nie chodzimy na kawę, lecz po to, by spotkać się ze znajomymi." I rzeczywiście. Jak pomyślałam, to okazało się, że kawa jest tylko pretekstem. Często nawet nie zamawiam kawy...
  2. "Kawa to produkt lifestyle'owy. (...) Co to oznacza? Po pierwsze, że może być droga, bo kupując kawę w kawiarni, klienci pokazują, że ich stać, są dynamiczni i podążają za tzw. trendami." Mimo że kawa na świecie tanieje... To za co płacimy?
  3. "(...) W cenie filiżanki płaci się przede wszystkim za czynsz (...), prąd, wygodne fotele, pensje pracowników, darmowe gazety i ów lifestyle." Według wykresu, na cenę kawy latte składa się 5% kosztów mleka, 20% - kawy, 23% - podatku vat i 52% stanowi marża.
To ja jednak wypiję dzisiaj kawę w domu...

...taką, jak ta.

Plik:Kawa (1).jpg

wtorek, 26 czerwca 2012

Świat mnie rozpieszcza

Świat mnie rozpieszcza. W czasie ostatnich kilku tygodni spotkało mnie wiele dobra ze strony innych ludzi oraz "okoliczności przyrody". Odwiedziny wspaniałych osób i poznawanie nowych, słodkie truskawki,  niesamowita pogoda bez deszczu na spacer po Ustce ze znajomą z Warszawy, przepyszna chińska zielona herbata w pięknej porcelanowej filiżance przywiezionej dla mnie z drugiego końca świata, stworzenie sobie możliwości prowadzenia szkoleń w ciągu najbliższych kilku miesięcy, fachowcy od okien i centralnego ogrzewania spotkani w związku z remontem... I dobrzy, życzliwi ludzie, którzy od wielu lat mnie wspierają. A w perspektywie wyjazd w Bieszczady! Tyle dobra... To, co się dzieje wokół mnie ostatnio, jest dla mnie czasem zbioru tego, co posiałam wcześniej. Kiedy już upadałam na duchu, bo wciąż tylko "pod górkę", przyszło mi widzieć owoce. To wspaniała łaska.

niedziela, 10 czerwca 2012

Kto na kogo ma czekać?

Są takie kraje, gdzie spokojnie wszystko może być "maniana", a opóźnienia nikogo nie denerwują. Wiele spotkanych przeze mnie osób próbowało mnie przekonać, że my - Polacy -  również należymy do tego grona. Tylko takie podejście nie wynika u nas najczęściej z luźnego podejścia do czasu. Raczej z braku szacunku i arogancji. Spotkałam się z tym w różnych sytuacjach: codziennych, jak również na szkoleniach i studiach podyplomowych (najostrzejszy przypadek dotyczył Pani, która miała poprowadzić zajęcia z zarządzania czasem i sporo się spóźniła). Rozumiem, że każdemu może się zdarzyć. Ale, według mnie, to dziwna sytuacja, kiedy taki spóźnialski oczekuje akceptacji tego stanu! Jakoś nie mogę się na to zgodzić. Tym bardziej, że - mimo wielu obowiązków - staram się być i robić różne rzeczy na czas. Nie mam zamiaru godzić się też na takie traktowanie i udawanie, że nic się nie stało, kiedy ktoś każe mi czekać na siebie zbyt długo. Kiedy czytam takie teksty, jak wypowiedź jakiejś kierowniczki w lokalnej gazecie:
"W Multikinie przyznają, że seanse rozpoczęły się po godzinie 23, bo pracownicy czekali, aż wszyscy uczestnicy zajmą miejsca w salach.
– Zależało nam, aby każdy miał możliwość obejrzenia filmu od początku i nie był zmuszony do szukania wolnego miejsca po ciemku – tłumaczy pani kierownik."
to  widzę spore braki w szacunku dla dobrego klienta, który stawił się na czas z biletem w ręku. Jak słyszę o czymś takim, to nawet nie jest mi żal, że niektóre firmy upadają, a ludzie tracą pracę. Więcej: uważam, że to dobrze, kiedy "niewidzialna ręka wolnego rynku" eliminuje takich graczy. W życiu osobistym staram się eliminować osoby z takim podejściem lub przynajmniej ograniczać kontakty. Jeśli ktoś nie szanuje mojego czasu, znajomość z nim traci na wartości.

niedziela, 27 maja 2012

Czas na Mazury

Właśnie pakuję się na Mazury. Jutro wyjazd i od razu na początek - pola grunwaldzkie. W trakcie mojego ostatniego pobytu zauroczyło mnie to miejsce - podobno niewiele się zmieniło od wieków. Jedynie z daleka przebłyskują dachy domów. Ponownie czekają mnie Kruszyniany i Białowieża. Ale przyjaciółka, która organizuje wyjazd, przygotowała coś specjalnie dla mnie: leśniczówkę Pranie - związaną z K.I.Gałczyńskim, jednym z moich ulubionych poetów. Cieszę się na tę wędrówkę z powodów, o których wspomniałam wyżej. Ale moja radość wynika też z perspektywy spędzenia kilku dni ze wspaniałymi ludźmi. Nie od dziś mam świadomość, że to nie mury, zabytki (choćby najstarsze i najwspanialsze) sprawiają, że moje wędrówki są udane. Decydują o tym ludzie, z którymi jestem. To oni nadają smak każdej mojej podróży i robią różnicę.
Poniżej zdjęcia z mojej poprzedniej wyprawy na Mazury.



poniedziałek, 21 maja 2012

Jak się bronić?

Od ośmiu miesięcy ćwiczę kung fu - dla sprawności fizycznej, ale też dla samoobrony. Ostatnio różni znajomi serwują mi opowieści, jak to ktoś poniósł konsekwencje karne, ponieważ został zaatakowany i bronił się "nieadekwatnie". Myślę sobie, że to jest chora sytuacja. Jeśli ktoś mnie atakuje, powinien się liczyć ze zdecydowanym odporem. Najgorszą rzeczą, jaką możemy w takiej sytuacji zrobić, to stać i biernie poddać się sytuacji. Problem zaintrygował mnie na tyle, że sięgnęłam do kodeksu karnego. A tam w rozdziale III, art. 25. stoi, że: 
"Wyłączenie odpowiedzialności karnej
Art. 25. § 1.Nie popełnia przestępstwa, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni, bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem.
§ 2.W razie przekroczenia granic obrony koniecznej, w szczególności gdy sprawca zastosował sposób obrony niewspółmierny do niebezpieczeństwa zamachu, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia.
§ 3. Nie podlega karze, kto przekracza granice obrony koniecznej pod wpływem strachu lub wzburzenia usprawiedliwionych okolicznościami zamachu.
§ 4. Osoba, która w obronie koniecznej odpiera zamach na jakiekolwiek cudze dobro chronione prawem, chroniąc bezpieczeństwo lub porządek publiczny, korzysta z ochrony prawnej przewidzianej dla funkcjonariuszy publicznych.
§ 5. Przepisu § 4 nie stosuje się, jeżeli czyn sprawcy zamachu skierowany przeciwko osobie odpierającej zamach godzi wyłącznie w cześć lub godność tej osoby."
Trochę mnie to uspokoiło. Trochę - bo sprawę rozstrzyga sąd - czyli tak naprawdę konkretna osoba obarczona uprzedzeniami i słabościami. (Dlatego uważam, że obiektywizm sądu, to mit - ale to raczej temat na odrębny post).
Przyjmując ww. artykuł za dobrą monetę, czyli stwierdzając, że warto i należy się bronić, widzę potrzebę wprowadzenia do szkół ponadpodstawowych zajęć z samoobrony dla dziewcząt. Ćwiczenia samych ciosów, dźwigni, kopnięć jednak nie wystarczą.
Jak dla mnie, sprzeciw fizyczny wobec przemocy - aby był skuteczny - powinien iść w parze z dobrym poczuciem własnej wartości i asertywnością. Wtedy może wystarczyć samo "spadaj!" rzucona napastnikowi, powiedziane w sposób zdecydowany i zdeterminowany; coś jak: "mam smoka i nie zawaham się go użyć".
Dopiero połączenie tych elementów może dać nam skuteczność i przewagę w konfrontacji z bandytą. To wyjaśnia też, dlaczego najczęściej ofiarami różnej maści przestępców padają osoby słabe ze względu na wiek, płeć itp. 
Do czego zmierzam? Do wykazania, jak bardzo w życiu przydaje nam się asertywność zarówno emocjonalna, jak i fizyczna.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Domyśl się...

Był czas, kiedy chciałam uchodzić za bystrą i inteligentną osobę, więc kończyłam wypowiedzi innych, zgadywałam, co chcą powiedzieć, kiedy zastanawiali się, co (lub jak) mają przekazać, interpretowałam i wyciągałam wnioski. Zdarza się, że do dzisiaj tak robię. Jednak nie traktuję już takiego zachowania jak dowodu swojej inteligencji, ponieważ kończenie za kogoś zdania jest niegrzeczne, a moje wnioski bywają zbyt pochopne. Z postawą "domyśl się!" (wersja szkolna tego, to: "co autor miał na myśli?") wciąż się spotykam. Czasami stoi za tym wiara w inteligencję rozmówcy, ale o wiele częściej chęć ułatwienia sobie zadania, bo niektóre rzeczy trudno nam przechodzą przez gardło. Bywa też, że taka postawa ma świadczyć o pokrętnie rozumianej dumie. 
Z moich obserwacji i doświadczenia wynika, że tego typu oczekiwanie to raczej domena kobiet. Podczas moich szkoleń, kiedy mówię na temat komunikacji i opisuję tego typu sytuację, uczestnicy najczęściej reagują uśmiechami albo znacząco trącają się w ramię. Często bowiem dialog mężczyzna-kobieta wygląda tak:
  • Mężczyzna: Kochanie, co ci jest?
  • Kobieta (wersja A): Domyśl się!
  • Kobieta (wersja B): Nic.
W sumie w wersji A i B wychodzi na to samo. Rozmawiają? Tak. Ale czy się porozumiewają? Nie sądzę. Druga strona, jak nie wiedziała, tak dalej nie wie, o co chodzi. Nie mówiąc już o rozwiązaniu jakiegoś problemu. Taka komunikacja to tylko strata czasu. Sprawia, że obie strony zamykają się na siebie i okopują się na swoich stanowiskach. Wyjście z sytuacji jest proste: najlepiej powiedzieć konkretnie i jasno o co nam chodzi, stosując zasady asertywnych komunikatów. Wtedy mamy szanse dojść do porozumienia. Miny obrażonej księżniczki raczej nam w tym nie pomogą.

środa, 4 kwietnia 2012

Życzenia świąteczne

Wierzę, że Jezus zmartwychwstał. I że zrobił to po to, byśmy mogli mieć obfite, spełnione życie. Z okazji Świąt Wielkiej Nocy życzę Wam wielu chwil zachwytu nad światem, pokoju, śpiewających ptaków za oknem i słonecznych dni oraz wiary - wbrew przeciwnościom - że po kiepskich dniach znów zaświeci słońce.