poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Macierzyństwo w realu - do obejrzenia

W czasie urlopu korzystam z okazji i nadrabiam filmowe i książkowe zaległości. 
Dziś o filmach, a właściwie serialach na temat macierzyństwa i relacji. 
W lipcu skończyłam oglądać kanadyjską produkcję pt. "Pracujące mamy", a teraz "na tapetę" wzięłam australijskie "The letdown" (dostępne na Netflixie). 
Oba seriale mówią o trudach macierzyństwa, kiedy wyzwaniem jest się spokojnie wykąpać albo wyspać. Pokazują, że inne kobiety też borykają się z problemami i frustracją, że nie jesteśmy jedyne, które nie wyglądają z dzieckiem jak madonny z obrazków. Do tego wszystko świetnie napisane i zagrane. I w pierwszym, i w drugim przypadku wciąż kołatała mi się po głowie myśl: "Szkoda, że nie grali tego, jak moje dzieci były małe!". 
Polecam przeczytanie recenzji porównującej obie produkcje autorstwa Sylwii Sekret dostępnej w tym miejscu

środa, 24 lipca 2019

Wstydliwe słowo na "p"

Pamiętacie scenę z "Forresta Gumpa", w której jako żołnierz podczas wojny w Wietnamie opowiada, że któregoś dnia zaczęło padać i o rodzajach deszczu, którego doświadczył? Ja nie mogę się uwolnić od tego obrazu. (Tutaj możecie zobaczyć ten fragment.) 
W czasie ostatnich 3 miesięcy, tak jak Forrest deszczu, doświadczyłam porażek różnego rodzaju: eleganckiej, spektakularnej, zwykłej - takiej od niechcenia, bolesnej i takiej, po której poczułam ulgę. Ku własnemu zaskoczeniu, po każdej się podnosiłam i stawałam do kolejnego wyzwania. Kiedy wyczerpałam już chyba limit klęsk, przyszedł i sukces - większy niż się spodziewałam. Teraz odpoczywam.
Piszę o tym na przekór trendowi panującemu zwłaszcza w social mediach, gdzie zazwyczaj wszyscy trąbią o swoich sukcesach, świetnych wakacjach (koniecznie w egzotycznych miejscach, co też jest oznaką sukcesu) i o tym, że jest się "pozytywnym" człowiekiem. I super! Sama bardzo lubię czytać o osiągnięciach, ciekawych projektach moich Znajomych i wspieram ich w tym. Tylko że to tylko jedna strona medalu. Niestety, każdemu z nas zdarzają się potknięcia, porażki i gorsze chwile. Ale o tym raczej nie chcemy opowiadać publicznie. A może to błąd? Może właśnie czyjeś porażki, radzenie sobie z nimi pomogłyby komuś uporać się ze sprawą?
Dla tych z Was, którzy zmagają się z czymś, polecam film "Forrest Gump". Bo można bardzo mieć w życiu "pod górkę", a mimo to zostać szczęśliwym człowiekiem.

sobota, 22 czerwca 2019

a morze standarty mam za Wysokie?

Próbuję złapać oddech po bardzo pracowitym okresie. Książka zawsze się sprawdza w takich chwilach. Robię sobie kawę i biorę do ręki tytuł znanego autora.
Na początku lubię egzemplarz "obmacać": powoli otwieram stronę tytułową, czytam, kto zredagował, kto robił korektę, gdzie została wydana i kiedy (ta akurat w 2018r.). Widzę błąd. Myślę sobie: "Zdarza się". Czytam opis na okładce. Widzę błędy interpunkcyjne, językowy i ortograficzny. Zgrzytam zębami, ale wciąż wierzę, że w środku jest lepiej. Niestety. Nie dość, że Autor używa potocznego języka, co rusz powtarzając stwierdzenia i używając dziwacznej składni (zapewne by być bliżej ludzi, co nawet sprawdza się na You Tube, gdzie często występuje), to jeszcze pani korektorka przepuściła tyle błędów, że lepiej dla niej, by pozostała anonimowa. Doczytałam, a raczej domęczyłam do końca te 185 stron ze względu na temat. 
Jako antidotum wzięłam do ręki wiersze K.I. Gałczyńskiego (rok wydania: 1987). Czytam uważnie wstęp Andrzeja Drawicza. Ani jednego błędu. Dalej - najczystszej próby poezja pisana w mazurskim lesie. Odpoczywam...
Czy komuś z Was również przeszkadzają błędy w tekście? (podpowiedź macie w tytule tego posta ;))

Źródło: pixabay, autor zdjęć: Anne Karakash

środa, 20 marca 2019

Wycofuję się i odcinam

Od początku roku dojrzewała we mnie potrzeba zrobienia trzech kroków w tył, wycofania się z różnego rodzaju dyskusji, polemik, udowadniania swoich racji, tłumaczenia i "walki" o lepsze jutro.
Ziarna posiane wiele miesięcy wcześniej o potrzebie uważnego, spokojniejszego życia zakiełkowały. Uważniej kroję chleb, wycofuję się z jałowych dyskusji, nie mam ochoty nikogo przekonywać. Jest mnie mniej w mediach społecznościowych. Postanowiłam, że ten rok - 2019 - będzie ważny dla moich relacji z tymi, którzy są przy mnie mimo moich wad i różnic między nami. W związku z tym pożegnałam się z kilkoma osobami, z innymi jestem w trakcie tego procesu, zamknęłam kilka spraw i przestałam się tak martwić. Nie było to łatwe. Uważam bowiem, że każdy, kogo spotykam na swojej drodze, jest w jakimś celu, czegoś ma mnie nauczyć, a poza tym przywiązuję się do ludzi. Dlatego trudno mi przychodzą rozstania i czasem trwa to wiele lat...
W tym remanencie pomogła mi książka dr. Henry'ego Clouda pt. "Konieczne zakończenia", który stwierdza, że "wzrost zależy od pozbywania się tego, co niechciane lub powierzchowne".
Mój mąż przycinał ostatnio różę: pozbywał się starych, suchych pędów, a zadbał o te zdrowe, żeby mogły mieć w tym roku piękne kwiaty. To doskonała metafora naszych spraw i relacji osobistych oraz zawodowych: bez usunięcia tego, co martwe, nie może nastąpić wzrost i rozkwit. Tak często o tym zapominamy i ciągniemy na swoich barkach znajomych, którzy maja nas gdzieś, choć nie mają odwagi nam tego powiedzieć, grzebiemy się w starych sprawach, bo nie potrafimy lub nie chcemy odpuścić.
Wraz z wiosną warto jednak zrobić porządki nie tylko w szafach czy na półkach, ale też w swoich relacjach - zadbać o to, co ma szanse zakwitnąć i wydać owoce, pożegnać się z szacunkiem dla tego, co się przeżyło, ale już nam nie służy, jest zbędnym balastem.


Róża, która w 2018r. wydała piękne kwiaty, mimo radykalnego przycięcia
(fot. archiwum własne)

piątek, 22 lutego 2019

Jestem harcerką

Dzisiaj 'World Thinking Day'. W tradycji skautingu, a więc i harcerstwa to wyrażenie jest tłumaczone jako Dzień Myśli Braterskiej, a więc nie tylko myślenia w ogóle, ale myślenia o wszystkich ludziach jako braciach, niezależnie od kolory skóry, wieku itp. 
Dziś również, 22. lutego, mija kolejna rocznica urodzin sir Baden-Powella - twórcy skautingu, a w tym roku - w styczniu - minęło równo 100 lat od śmierci Andrzeja Małkowskiego - twórcy polskiego harcerstwa.
Obydwaj panowie - jeden na gruncie europejskim, drugi w Polsce, stworzyli i upowszechnili system wychowawczy, który chętnie i dobrowolnie przyjmowali młodzi ludzie, ćwicząc swój charakter, kształtując system wartości, przy okazji dobrze się bawiąc. 
Mój zachwyt nad samą ideą skautingu, postaciami, które go tworzyły, trwa nieprzerwanie do wielu lat. Bardzo żałuję, że harcerstwo nie jest już tak powszechne, jak kiedyś. że dzieci mają lekcje w szkole na tematy patriotyczne, a nie uczą się tej historii podczas gawęd przy ognisku, czy śpiewając z gitarą.
Harcerstwo ukształtowało mnie w pierwszych latach szkoły podstawowej (byłam w drużynie "Wojtki"), wpłynęło na mojego męża, który wciąż wierzy w harcerskie ideały i z szacunkiem odnosi się do harcerskiego krzyża. Teraz nasza córka nosi mundur, uczy się grać na gitarze i zdobywa sprawności.
W tytule świadomie użyłam czasu teraźniejszego, ponieważ wciąż czuję się harcerką. Nadal żywe są we mnie te ideały i harcerskie piosenki. Wciąż tli się we mnie marzenie, żeby założyć szkołę opartą na skautingu.
Tym wielkim ludziom, którzy stworzyli i wcielali w życie harcerskie wartości i zasady, zawsze nisko się kłaniam. Takim ukłonem i przypomnieniem jest też ten post. 
Czuwaj!


źródło: Wikipedia.org


czwartek, 17 stycznia 2019

O poszukiwaniu nadziei i zrozumienia

Bezradność, lęk, niezrozumienie - to pierwsze uczucia, które pojawiły się w związku z zamordowaniem prezydenta Gdańska - Pawła Adamowicza - w niedzielę, 13 stycznia, w trakcie finału WOŚP. Zabrakło mi słów, a te, które cisnęły mi się na usta i klawiaturę nie nadawały się do publikacji. W głowie otworzyły mi się od razu szufladki z podobnymi sytuacjami - zabójstwo prezydenta Narutowicza, czy arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, które miały dalekosiężne konsekwencje i są dowodem na to, że jeden świr może zmienić bieg historii. 
W takich sytuacjach szukam czegoś, co przywróci mi wiarę w ludzi i nadzieję. W ciągu tych kilku dni przeczytałam niezliczoną ilość wezwań do opamiętania, do zaprzestania hejtu, do wzajemnej miłości. Mądre głowy przedstawiają swoje pomysły, jak powstrzymać "mowę nienawiści". To wszystko jest - według mnie - ruch w dobrym kierunku. I choć - jak tytuł tego bloga wskazuje - wiem, że słowa mają moc, to kiedy zamieniają się w potok, jest ich tak dużo, to tracą swą siłę. Bez czynów niewiele znaczą. To tylko słowa, słowa, słowa...
Szukając zrozumienia, jakiegoś światła w tych tragicznych wydarzeniach, trafiłam na wypowiedź siostry Małgorzata Chmielewskiej - tej od biedaków i porzuconych, która odnosiła się do Jurka Owsiaka i jego decyzji o rezygnacji z kierowania WOŚP. Zwróciłam uwagę zwłaszcza na jeden fragment:
Nie mamy czasu wspólnie pisać, ale wiem, że Janka Ochojska- wiesz, zawsze opanowana i stonowana, Szymon Hołownia-wiesz, zawsze wali co myśli, Ada Porowska-podobnie jak Szymon, no i ja, stara baba, która też czasem ma dość, ale zwleka gnaty i ciągnie- proszą Cię także, każdy na swój sposób: nie rezygnuj. 
/cyt. za: źródło / 

S. Chmielewska proste słowa potwierdza czynem - "zwleka gnaty i ciągnie". Ta mowa nie brzmi ładnie, nie łyka się jej gładko. Słowa są chropowate jak nieszlifowany kamień. Jednak jest w nich prawda.
Dwa dni temu obejrzałam film "Dzień Patriotów" (aktualnie dostępny na Netflixie). Rzecz dzieje się w czasie bostońskiego maratonu w 2013 r., kiedy dochodzi do zamachu, i kilka dni po. Według mnie, nie jest to mistrzowskie kino. Jednak w kontekście ostatnich wydarzeń w Gdańsku, uważam go za naprawdę cenny, zwłaszcza, że nie jest tylko wytworem wyobraźni twórców, ale dotyczy autentycznych wydarzeń. Na nowo pokazał mi siłę ludzkiego ducha i determinacji oraz wskazał sposób na zachowanie nadziei. Ta siła ujawniła się w decyzjach, zachowaniu, działaniu. Słowa były tylko komentarzem. zwiastun
Dziś moja nadzieja w nas - ludzi, Polaków - wciąż jest. Nadal wierzę, że potrafimy być wspaniali i dobrzy, że jesteśmy w stanie omijać partyjne i ideologiczne podziały. Obserwuję małe znaki, które są jak zwiastuny poranka. Bo - jak mówi biblijna mądrość: "światłość w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnęła".
Takim znakiem jest też to zdjęcie, na którym fotograf M.Nicgorski uchwycił moment oficjalnego przekazania władzy w Gdańsku A. Dulkiewicz - bliskiej współpracownicy P. Adamowicza - przez wojewodę D. Drelicha. Jeszcze kilka dni temu sytuacja nie do pomyślenia. 


/żródło: Twitter.com/

sobota, 29 grudnia 2018

358 stron o niczym i 64 strony - wręcz przeciwnie


Kilka książek piętrzących się na półce i czekających na swój czas wreszcie się doczekało. Ustalanie priorytetów w tej dziedzinie nie ma sensu, bo biorę do ręki to, co akurat mi się spodoba lub ma np. ciekawą okładkę.
W ten sposób, dzięki zielonej obwolucie z pięknym żółtym kotem autorstwa A. Pągowskiego, kilka ostatnich wieczorów zajmowała mnie lektura „Pocieszek” K. Grocholi. Książka w swej istocie lekka, łatwa i przyjemna, choć – jak chce Wydawca – zawierająca również opowieści „pełne wdzięku i humoru”, „do czytania w kółko”, „dowcipne, mądre, przynoszące otuchę”.
Bohaterką jest sama Autorka, która przedstawia swoje historyjki z życia wzięte, i w których do złudzenia przypomina roztrzepaną, uczuciową i wrażliwą Judytę z jej bestselerowej powieści pt.„Nigdy w życiu”.
Dowiedziałam się z tych felietonów o problemach dnia codziennego Autorki, o tym, jak próbuje sobie wypracować lepszy stosunek do świata, o jej miłości do psów i zwierząt w ogóle, o tym, jak nawet wmasowanie odżywki do włosów w plecy może pomóc na ból, jeśli masz przekonanie, że pomaga na plecy itp. Każdy tekst zamknięty mniej lub bardziej błyskotliwą puentą. Sympatyczny obraz sympatycznej pani.
Przeczytałam całą książkę od deski do deski. Przede wszystkim dlatego, że nie lubię zaczynać i nie kończyć. Potem zaczęłam się zastanawiać, o czym jest ta książka. I mam jakieś niejasne poczucie, że o niczym ważnym. Pani musiała coś napisać, to i napisała. Jak dla mnie, wymuszone są te „mądre” opowieści… i – Szanowny Wydawco – raczej nie nadają się do czytania w kółko. Raz całkowicie wystarczy.
Jak powinny być napisane felietony, żeby mi się podobały? Oto przepis Wydawcy:
Jedna łyżeczka przenikliwości, szczypta humoru, porcja bezpośredniego języka, pół szklanki życzliwości. Nie dodawać pokory! Przyprawić na ostro! Efekt: niezwykłe felietony Doroty Terakowskiej, pełne ciepła i życiowej mądrości. Podawać natychmiast! (Od Wydawcy: Smakuje każdemu!)
Na szczęście mam w swojej domowej biblioteczce cienką książkę z felietonami D. Terakowskiej pt. „Dobry adres to człowiek”. Jak już sobie poczytałam te 358 stron o niczym K. Grocholi, to szybko zaaplikowałam sobie 64 strony tekstów D. Terakowskiej. (Wydawca ten sam - Wydawnictwo Literackie.) Tutaj również przeczytałam o ukochanych zwierzakach, pozytywnym stosunku Autorki do świata. I po raz kolejny skończyłam ją z żalem, że tak szybko, że nie przeczytam już jej nowych tekstów, nie popatrzę na świat jej oczami. Bo to mądra kobieta była. I potrafiła pisać o czymś, co dawało do myślenia, zostawiało jakiś ślad. Jej słowa były przemyślane i precyzyjne; dają wrażenie, że autorka wie, po co pisze i do czego zmierza. Podążałam za nią z przyjemnością.
Na szczęście książkę K. Grocholi pożyczyłam, więc nie będzie mi zajmować miejsca na półce. Za to felietony Terakowskiej będą czekać na kolejny swój czas.